Latawiec

Latawiec



Minęły dwa tygodnie. Pierwszych dni prawie nie pamiętam. Widać tak poradziła sobie moja psychika, ale skoro kiedyś potrafiła wyprzeć z głowy kilka lat nieudanego związku, nic dziwnego, że poradziła sobie z tygodniem spędzonym w szpitalu. Problem w tym, że zaczyna wypierać cały okres ciąży. Z trudem łapię urywki wspomnień. Może kiedyś do mnie wrócą. Taką mam nadzieję. Teraz jest trudniej. Do głowy przychodzą przeróżne myśli, od tych czy to przez złe odżywianie, po te, czy może byłabym złą matką. Wiem, że to niedorzeczne, wiem, że statystycznie to nawet nie była tragedia, tylko norma. Ale wydaje mi się zupełnie normalne, że mimo, że każdego dnia uczę się nie pytać "dlaczego" to pytanie wciąż do mnie powraca. Nie wiem czy byłabym dobrą matką. Jedno jest pewne - dla następnego dziecka będę lepsza niż byłabym teraz.

Wczoraj byliśmy na przedmałżeńskich naukach i nie mogłam się oprzeć myśli, że przecież mieliśmy tam być WE TROJE. To był taki przełomowy dzień. Koleżanka, która nie wiedziała zapytała jak się czuję i pierwszy raz nie wiedziałam co odpowiedzieć, żeby nie zacząć płakać, chociaż wcześniej, kiedy sąsiadka zapytała mnie głaskając po brzuchu czy rośniemy, potrafiłam z uśmiechem powiedzieć, że niestety brzuszek jest pusty. Zaczęłam widzieć te wszystkie dzieci. Pyzate łapki wystające z gondoli. Różowe kocyki. Lalki - bo już wiem, że mielibyśmy córeczkę. Wracając ze spaceru, minęliśmy z Łukaszem chłopca z tatą, lub dziadkiem, puszczających, a raczej próbujących, puścić latawiec. Kolorowy motyl na sznurku i mały blondynek w błękitnej koszulce - my też mogliśmy za kilka lat wychodzić na spacery z Nelą, puszczać latawce, śmiać się i cieszyć z siebie. Maluch skakał do latawca, nie mogąc się doczekać aż ten zacznie szybować, może chciał pomóc w rozplątywaniu sznurka. Ten miły obrazek popsuły słowa opiekuna: "Co robisz durniu? Zostaw. Przestań." W końcu całkowita rezygnacja i prychnięcie "A idź Ty". Dziecko nie wyglądało jakby coś sobie z tych słów robiło, nadal skakało i wydawało z siebie dziwne odgłosy. "On jeszcze nie mówi?" - zapytał mnie Łukasz. W sumie już chyba powinien, wyglądał na zdrowego czterolatka.

Pomyślałam, że ja bym była najcierpliwsza na świecie, gdyby tylko Nela była z nami. Odpowiadałabym codziennie na tysiące pytań. Tłumaczyłabym dlaczego niebo jest niebieskie, dlaczego kwitną kwiatki, dlaczego cokolwiek. Zrobiłabym wszystko. Byle tylko tu była, rosła nadal. Ale tak na prawdę to nie mogę wiedzieć jaka bym była. Wiem jaką byłam dziewczyną, narzeczoną, koleżanką, córką i wnuczką. I wiem, że nie byłam najlepsza, a już z pewnością nie najcierpliwsza. Ten świat pędzi. Patrząc na piękne instagramowe zdjęcia znajomych rośnie w nas frustracja, że my nie potrafimy się zorganizować, ugotować obiadu, posprzątać mieszkania, poukładać w szafie (chociaż myślimy o tym codziennie), a co dopiero przez cały dzień wszystkiemu robić zdjęcia i wymyślać chwytliwe hasztagi. Denerwuje nas praca. Wymagający coraz więcej szef. Niskie zarobki. Ile razy pomyślałeś ledwo otwierając oczy, a potem jeszcze raz, kiedy myłeś zęby, że jak tylko wrócisz to się położysz do łóżka? Przespałam kilka lat. Bo mi się nie chciało. Ale nie chciało mi się, nie tylko z lenistwa. Nie chciało mi się, bo nie widziałam sensu w swoim życiu.

Byłam też, chociaż nigdy nikt tego nie stwierdził, uzależniona od internetu. Od internetowych znajomości. Od czatów i portalów społecznościowych. W pewnym momencie, kiedy kogoś poznawałam wystarczyło, że cokolwiek mi w tej osobie nie pasowało i zrywałam kontakt - bo przecież na świecie jest tysiące ludzi, poznam sobie kogoś fajniejszego. Jedyne czym można było sobie zasłużyć na moją uwagę to niedostępność. Teraz wiem, że podświadomie chroniłam samą siebie. Tak było bezpieczniej. Cierpiałam, ale sama sobie ten ból dawkowałam, od nikogo nie był uzależniony. Zawsze mi się wydawało, że jestem typem samotnika, introwertyka, że swoje baterie ładuję w domu, a ludzie mnie męczą. Problem w tym, że nie ładowałam ich nigdzie, bo w głębi duszy na prawdę bardzo potrzebowałam towarzystwa, ale chyba nie miałam do ludzi cierpliwości. Serca nie miałam do ludzi.

Nie potrafiłam się cieszyć obecną chwilą. Zawsze wyprzedzałam ją myślami, albo wracałam do wspomnień. Siedząc z dziadkami, nie potrafiłam skupić się na rozmowie, myślałam, że są już w sile wieku i chyba trzeba ich częściej odwiedzać. Myślałam tak od kilku lat i nadal cieszą się zdrowiem, więc widzicie jakie to jest bezzasadne. Pamiętam, jak siedzieliśmy w salonie, a ja nie mogłam się doczekać aż wrócę do siebie na górę. Do internetu. Do tych rozmów o wszystkim i o niczym.


Kiedy straciłam ciążę świat nie zatrzymał się nawet na moment, ale ja stanęłam w miejscu. Na mszy widziałam czekającego na tatę chłopca, dłonie, które się złapały, zupełnie tak jakbym miała zrobić im zdjęcie. Widziałam przestraszoną, przechodzącym księdzem dziewczynkę, mocno wtulającą się w mamę, jej maleńkie rączki. Widziałam dziewczynkę, otulającą z troską śpiącą siostrę kocykiem. Nie wiem czy, gdybym nie przeżyła tego co przeżyłam, potrafiłabym to dostrzec.

Wiem, że teraz mimo, że z pękniętym sercem, cieszę się każdą chwilą. Potrafię docenić więcej. Wychodzę z Łukaszem na spacery. Pytam czy wyjdziemy ze znajomymi. Wreszcie WYSZŁAM do ludzi. A kiedy z nimi jestem to nie tylko po to żeby na chwilę zapomnieć o wszystkim co w tym życiu irytuje, ale żeby na prawdę z nimi BYĆ. Podczas, gdy byłam w szpitalu, odebrałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którym powiedziałam co nas spotkało. Od wielu znajomych i nieznajomych otrzymałam niesamowite wsparcie, zarówno w modlitwie jak w słowach pocieszenia. I pierwszy raz na prawdę chciałam tych słów, a może byłam w stanie się przyznać przed samą sobą, że ich potrzebuję.

Wiadomo, po tylu latach utartych schematów to wszystko nie jest takie proste. Ale teraz nie marudzę kiedy Łukasz chce herbatę, idę ją zrobić i cieszę się, że mam komu. Kiedy wychodzi z psem, pytam czy pójść z nimi. Kiedy ja wychodzę, pytam czy może iść ze mną. Znów czytam książki przy nim, kiedy pracuje, zamiast iść do drugiego pokoju. Znów mówi, że mnie kocha, bo teraz się mnie da kochać. Bo ja się daję kochać. Nadal zdarza mi się krzyczeć, ale przepraszam, kiedy tylko widzę jego zawiedziony wzrok i to już nie jest takie przepraszam z dupy, jak kiedyś, tylko teraz na prawdę mi głupio.

Dałabym wszystko żeby zawrócić czas i móc nadal mieć Nelkę pod sercem, w grudniu nie mieścić się za wigilijnym stołem, a w styczniu wrócić z nią ze szpitala. Ale gdybym cofnęła czas i wiedziałabym, że historia znów się powtórzy, nie zmieniłabym nic. To była dla mnie najważniejsza lekcja w życiu i chociaż teraz boli, jestem wdzięczna, że było mi dane ją przejść. Bo Nela jest. Teraz mam nadzieję ze swoimi pradziadkami, a kiedyś, wierzę, wszyscy się z nią spotkamy.

Dostałam dziś od znajomej maila z wierszem księdza Twardowskiego:

Nie płacz w liście,

nie pisz, że los Ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij, popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia podobne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij, że jesteś, kiedy mówisz, że kochasz.

Ja już chyba wiem co jest za tym oknem. Za tym oknem jest świat. Moja cierpliwość, kiedy tak na prawdę trafia mnie szlag. Moje "nie chce mi się", ale widzę, że Ci zależy, więc zrobię. Moje wszystko czego nie mogę dać dziecku, którego tak pragnęłam, a co mogłabym pominąć gdyby się urodziło.

Jeżeli też przeraża Cię ten ciągły pęd, jeśli też tak jak ja kiedyś nie lubisz ludzi, jeżeli pielęgnujesz swoją samotnię, ciągle jesteś zdenerwowany i najchętniej nie wychodziłbyś z łóżka, zatrzymaj się na chwilę, rozejrzyj dookoła i pomysl, że może tak na prawdę nie chcesz być sam, chciałbyś wyjść, coś zrobić, tylko boisz się żyć. Uświadomienie sobie tego to już pierwszy krok do otwarcia się na świat. Życzę Ci, żebyś do tego olśnienia, nie potrzebował żadnej tragedii.
Cisza pod sercem

Cisza pod sercem

Wiedziałam, że są w życiu takie rzeczy i słowa, po których następnego dnia nic już nie jest takie jak wczoraj. Twoje podejście do życia, Twoje marzenia, Twoje myśli.

Wiedziałam też, że nieszczęścia się zdarzają. Myślałam tylko, że nie w mojej rodzinie. Nie moim bliskim. A przede wszystkim nie mi. Tak jak każda dziewczyna miałam na koncie kilka smutnych historii. Kogoś chciałam. Ktoś mnie nie chciał. Ktoś się źle zachował. Ale ból złamanego serca, albo urażonej dumy z upływem czasu mijał. A ból, który towarzyszy mi teraz jest tym bólem który trzeba oswoić, nauczyć się z nim żyć, żeby nie zwariować, a z biegiem czasu przekuć w coś dobrego. Chociaż teraz to się wydaje niewykonalne.

Od dwóch lat miałam wszystko. Kochającego mężczyznę. Poczucie bezpieczeństwa. Marzenia o domku, ogrodzie i dziecku. Wiele z Was wie o mojej ciąży z bloga albo instagrama, dlatego postanowiłam napisać tutaj co nas spotkało. Dziś nasz Okruszek jest już w niebie. Mi pozostała niezrozumiała tęsknota za tym czego nie było nam razem dane doświadczyć, ale też sama stałam się zupełnie inną osobą.

Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście niemal skakałam z radości. Udało nam się za pierwszym razem, a ja tak bardzo pragnęłam dziecka. Kiedy teraz o tym myślę, zastanawiam się co by było gdybym pomyślała wcześniej. Gdybym zrobiła badania przed planowaniem ciąży. Czy to by coś dało? Czy by pomogło? Przede wszystkim zastanawiałam się czy żałuję, że zaczęłam prowadzić kalendarzyk, że zaczęłam oczekiwać tego dziecka, że może w innym dniu wszystko byłoby inaczej, a teraz pisałabym o nowym wózku. Teraz wiem, że nie żałuję. Gdyby nie ta ciąża nie poznałabym naszego Aniołka. A przecież on jest. Od samego początku był przez nas kochany, wyczekiwany przez dziadków, ciocie i znajomych.

Nie żałuję też, że podzieliłam się tą radosną nowiną ze wszystkimi. Nie potrafiłabym udawać, że nigdy nie byłam w ciąży, że nie było takiego dziecka, że nic się nie stało. I chociaż teraz nie ma go już z nami, a przyjmowanie gratulacji i tłumaczenie każdemu co się stało jest trudne, nie żałuję. "Gromadźcie sobie skarby w niebie." - usłyszałam wczoraj na mszy zdanie z Pisma Świętego. Zdanie, które towarzyszyło mi cały poprzedni tydzień. Nasz Skarb jest w niebie i czeka tam na nas.

W tym wszystkim najgorsza była niewiedza. Kiedy w pracowni USG mój świat runął w gruzach lekarz, jeszcze mnie badając, odebrał telefon gratulując komuś tygodnia ciąży, którego ja nawet nie doczekałam. "Mamy problem" - usłyszałam, zaraz po tym jak sama miałam złe przeczucie patrząc na czarny ekran i maleństwo, którego nie podświetlał żaden kolor. I że to się zdarza, że to jest selekcja naturalna, że następnym razem się uda. Całą resztę musiałam poukładać sobie w głowie sama.

Pamiętam jak siedziałam na tym łóżku i patrzyłam na Łukasza po drugiej stronie sali. I jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że zanim podejdę do niego i zanim mnie przytuli, ktoś powie, że zepsuł się aparat do USG, że to obraz poprzedniej pacjentki, albo w ogóle jakieś niewiadomoco. Ale nie. Wstałam i rozpłakałam się na dobre w jego ramionach. 

Dostałam skierowanie do szpitala. "Prawdopodobnie farmakologicznie. Można czekać w domu, ale niewiadomo jak psychicznie to Pani zniesie. Lepiej w szpitalu." Nikt mi nie powidział jak będzie to wyglądać. Bardzo chciałam zabieg. Nie rozumiałam dlaczego mam znosić to sama. Jakie tabletki? Świat mi się kończy, a my na co czekamy? Płakałam całą noc i jeszcze trzy godziny na izbie przyjęć rano. Byliśmy z Łukaszem i moimi rodzicami pierwsi, jeszcze przed 8:00, ale czekaliśmy w kolejce, kiedy do pokoju przyjęć po kolei wchodziły kobiety w ciąży. Pomyślałam, że przecież straciłam przywilej pierwszeństwa... Z gabinetu KTG dobiegało bicie serduszka. Chciałam wrócić do łóżka i wyć dalej, a musiałam patrzeć na kobiety z brzuszkami. Dlaczego dla kobiet, które straciły dzieci nie ma oddzielnych miejsc?! "Pani się denerwuje?" - usłyszałam, kiedy pielęgniarka badała mi tętno. Na drzwiach kartka informująca o tym, że z powodu panujących wizyt nie ma możliwości odwiedzin. Ekstra. Żegnałam się z nimi, myśląc, że następne kilka dni spędzę sama. Okazało się, że mogą iść ze mną wszyscy.

W szpitalu położne wzięły mnie pod ręce i powiedziały, że dostanę łóżko, ale muszę poczekać aż się zwolni. Póki co dostałam leżankę na korytarzu. Mama poprosiła o rozmowę z psycholog, bo szpital ma taką możliwość. Ale nie było nikogo na moim oddziale, więc wezwali kogoś z góry, z położniczego. Psycholog chyba nie bardzo wiedziała co ma mi powiedzieć, mówiła o przyszłości i o tym, że czasem tak jest, że organizm czuje, kiedy matka nie jest gotowa na dziecko. To tak jakby odeszło, bo niewystarczająco mocno je chciałam? Opowiadała też jak tłumaczy matkom, które urodziły, że to są ich dzieci. Bo one są w szoku, bo nie mogą uwierzyć, bo przecież przed chwilą były w brzuchu, bo czasem ich nie chcą. Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby przyniosła mi takie dziecko, bo ja na pewno byłabym w stanie je chcieć. Ale chociaż czas minął mi szybciej, a zaraz później zostałam wezwana na badanie USG, któro miało potwierdzić diagnozę. I potwierdziło. Chociaż jeszcze przez chwilę wierzyłam, że może nie.

Mimo, że opieka była na prawdę wspaniała dalej nikt mi nie powiedział na co ja mam się szykować. Jedni mówili, że będzie tak, inni, że inaczej. Wbrew wszystkiemu nie było najgorzej. Dostałam łóżko w dwuosobowej sali, z panią w podobnej do mojej sytuacji. Gdyby tylko ktoś wcześniej mi powiedział, że jak to będzie stresowałabym się mniej. Łukasz cały czas mógł być przy mnie. W najgorszych momentach trzymał mnie za rękę. Poprosił pielęgniarki o coś przeciwbólowego. "To jeszcze nie jest ból" - powiedziała jedna z nich, a on mi to powtórzył! Ale po kroplówce było dużo lepiej i na prawdę nie bolało. Nikt nie robił problemów z odwiedzinami. Łukasz przychodził rano, w nocy sama wyganiałam go, żeby się wyspał w domu.

W tamtych momentach pragnęłam tylko, żeby maleństwo było z szacunkiem pochowane. Tylko tak je mogłam teraz ocalić. Chyba to dało mi siłę na przetrwanie, bo zadziwiłam i bliskich i nawet samą siebie, znosząc to wszystko tak dzielnie. Nie każda kobieta w takiej sytuacji wie, że istnieje możliwość pochowania Aniołka, bez względu na czas trwania ciąży. Każdy szpital ma obowiązek zapewnić kobiecie taką możliwość, ale nie każdy o tym informuje. My akurat i wiedzieliśmy i lekarz od razu nas o tym poinformował. Chociaż uważam, że powinnam dostać tę informację zaraz po pierwszym badaniu USG, wraz ze skierowaniem do szpitala.

Teraz jestem już w domu. Uczę się żyć na nowo. Z pustym brzuszkiem. Tysiące myśli codziennie przebiega mi przez głowę, najwięcej wieczorem, tuż przed snem. Ale przecież jeszcze będzie dobrze.

Mam nadzieję, że żadna z Was nie znajdzie się w takiej sytuacji, ale gdyby ktoś z Was jej jednak potrzebował to jestem i pomogę na tyle ile będę mogła, udzielając informacji lub chociaż wspierając.


Copyright © 2014 Brakuje Żyrafy , Blogger