06:17

Cisza pod sercem

Cisza pod sercem
Wiedziałam, że są w życiu takie rzeczy i słowa, po których następnego dnia nic już nie jest takie jak wczoraj. Twoje podejście do życia, Twoje marzenia, Twoje myśli.

Wiedziałam też, że nieszczęścia się zdarzają. Myślałam tylko, że nie w mojej rodzinie. Nie moim bliskim. A przede wszystkim nie mi. Tak jak każda dziewczyna miałam na koncie kilka smutnych historii. Kogoś chciałam. Ktoś mnie nie chciał. Ktoś się źle zachował. Ale ból złamanego serca, albo urażonej dumy z upływem czasu mijał. A ból, który towarzyszy mi teraz jest tym bólem który trzeba oswoić, nauczyć się z nim żyć, żeby nie zwariować, a z biegiem czasu przekuć w coś dobrego. Chociaż teraz to się wydaje niewykonalne.

Od dwóch lat miałam wszystko. Kochającego mężczyznę. Poczucie bezpieczeństwa. Marzenia o domku, ogrodzie i dziecku. Wiele z Was wie o mojej ciąży z bloga albo instagrama, dlatego postanowiłam napisać tutaj co nas spotkało. Dziś nasz Okruszek jest już w niebie. Mi pozostała niezrozumiała tęsknota za tym czego nie było nam razem dane doświadczyć, ale też sama stałam się zupełnie inną osobą.

Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście niemal skakałam z radości. Udało nam się za pierwszym razem, a ja tak bardzo pragnęłam dziecka. Kiedy teraz o tym myślę, zastanawiam się co by było gdybym pomyślała wcześniej. Gdybym zrobiła badania przed planowaniem ciąży. Czy to by coś dało? Czy by pomogło? Przede wszystkim zastanawiałam się czy żałuję, że zaczęłam prowadzić kalendarzyk, że zaczęłam oczekiwać tego dziecka, że może w innym dniu wszystko byłoby inaczej, a teraz pisałabym o nowym wózku. Teraz wiem, że nie żałuję. Gdyby nie ta ciąża nie poznałabym naszego Aniołka. A przecież on jest. Od samego początku był przez nas kochany, wyczekiwany przez dziadków, ciocie i znajomych.

Nie żałuję też, że podzieliłam się tą radosną nowiną ze wszystkimi. Nie potrafiłabym udawać, że nigdy nie byłam w ciąży, że nie było takiego dziecka, że nic się nie stało. I chociaż teraz nie ma go już z nami, a przyjmowanie gratulacji i tłumaczenie każdemu co się stało jest trudne, nie żałuję. "Gromadźcie sobie skarby w niebie." - usłyszałam wczoraj na mszy zdanie z Pisma Świętego. Zdanie, które towarzyszyło mi cały poprzedni tydzień. Nasz Skarb jest w niebie i czeka tam na nas.

W tym wszystkim najgorsza była niewiedza. Kiedy w pracowni USG mój świat runął w gruzach lekarz, jeszcze mnie badając, odebrał telefon gratulując komuś tygodnia ciąży, którego ja nawet nie doczekałam. "Mamy problem" - usłyszałam, zaraz po tym jak sama miałam złe przeczucie patrząc na czarny ekran i maleństwo, którego nie podświetlał żaden kolor. I że to się zdarza, że to jest selekcja naturalna, że następnym razem się uda. Całą resztę musiałam poukładać sobie w głowie sama.

Pamiętam jak siedziałam na tym łóżku i patrzyłam na Łukasza po drugiej stronie sali. I jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że zanim podejdę do niego i zanim mnie przytuli, ktoś powie, że zepsuł się aparat do USG, że to obraz poprzedniej pacjentki, albo w ogóle jakieś niewiadomoco. Ale nie. Wstałam i rozpłakałam się na dobre w jego ramionach. 

Dostałam skierowanie do szpitala. "Prawdopodobnie farmakologicznie. Można czekać w domu, ale niewiadomo jak psychicznie to Pani zniesie. Lepiej w szpitalu." Nikt mi nie powidział jak będzie to wyglądać. Bardzo chciałam zabieg. Nie rozumiałam dlaczego mam znosić to sama. Jakie tabletki? Świat mi się kończy, a my na co czekamy? Płakałam całą noc i jeszcze trzy godziny na izbie przyjęć rano. Byliśmy z Łukaszem i moimi rodzicami pierwsi, jeszcze przed 8:00, ale czekaliśmy w kolejce, kiedy do pokoju przyjęć po kolei wchodziły kobiety w ciąży. Pomyślałam, że przecież straciłam przywilej pierwszeństwa... Z gabinetu KTG dobiegało bicie serduszka. Chciałam wrócić do łóżka i wyć dalej, a musiałam patrzeć na kobiety z brzuszkami. Dlaczego dla kobiet, które straciły dzieci nie ma oddzielnych miejsc?! "Pani się denerwuje?" - usłyszałam, kiedy pielęgniarka badała mi tętno. Na drzwiach kartka informująca o tym, że z powodu panujących wizyt nie ma możliwości odwiedzin. Ekstra. Żegnałam się z nimi, myśląc, że następne kilka dni spędzę sama. Okazało się, że mogą iść ze mną wszyscy.

W szpitalu położne wzięły mnie pod ręce i powiedziały, że dostanę łóżko, ale muszę poczekać aż się zwolni. Póki co dostałam leżankę na korytarzu. Mama poprosiła o rozmowę z psycholog, bo szpital ma taką możliwość. Ale nie było nikogo na moim oddziale, więc wezwali kogoś z góry, z położniczego. Psycholog chyba nie bardzo wiedziała co ma mi powiedzieć, mówiła o przyszłości i o tym, że czasem tak jest, że organizm czuje, kiedy matka nie jest gotowa na dziecko. To tak jakby odeszło, bo niewystarczająco mocno je chciałam? Opowiadała też jak tłumaczy matkom, które urodziły, że to są ich dzieci. Bo one są w szoku, bo nie mogą uwierzyć, bo przecież przed chwilą były w brzuchu, bo czasem ich nie chcą. Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby przyniosła mi takie dziecko, bo ja na pewno byłabym w stanie je chcieć. Ale chociaż czas minął mi szybciej, a zaraz później zostałam wezwana na badanie USG, któro miało potwierdzić diagnozę. I potwierdziło. Chociaż jeszcze przez chwilę wierzyłam, że może nie.

Mimo, że opieka była na prawdę wspaniała dalej nikt mi nie powiedział na co ja mam się szykować. Jedni mówili, że będzie tak, inni, że inaczej. Wbrew wszystkiemu nie było najgorzej. Dostałam łóżko w dwuosobowej sali, z panią w podobnej do mojej sytuacji. Gdyby tylko ktoś wcześniej mi powiedział, że jak to będzie stresowałabym się mniej. Łukasz cały czas mógł być przy mnie. W najgorszych momentach trzymał mnie za rękę. Poprosił pielęgniarki o coś przeciwbólowego. "To jeszcze nie jest ból" - powiedziała jedna z nich, a on mi to powtórzył! Ale po kroplówce było dużo lepiej i na prawdę nie bolało. Nikt nie robił problemów z odwiedzinami. Łukasz przychodził rano, w nocy sama wyganiałam go, żeby się wyspał w domu.

W tamtych momentach pragnęłam tylko, żeby maleństwo było z szacunkiem pochowane. Tylko tak je mogłam teraz ocalić. Chyba to dało mi siłę na przetrwanie, bo zadziwiłam i bliskich i nawet samą siebie, znosząc to wszystko tak dzielnie. Nie każda kobieta w takiej sytuacji wie, że istnieje możliwość pochowania Aniołka, bez względu na czas trwania ciąży. Każdy szpital ma obowiązek zapewnić kobiecie taką możliwość, ale nie każdy o tym informuje. My akurat i wiedzieliśmy i lekarz od razu nas o tym poinformował. Chociaż uważam, że powinnam dostać tę informację zaraz po pierwszym badaniu USG, wraz ze skierowaniem do szpitala.

Teraz jestem już w domu. Uczę się żyć na nowo. Z pustym brzuszkiem. Tysiące myśli codziennie przebiega mi przez głowę, najwięcej wieczorem, tuż przed snem. Ale przecież jeszcze będzie dobrze.

Mam nadzieję, że żadna z Was nie znajdzie się w takiej sytuacji, ale gdyby ktoś z Was jej jednak potrzebował to jestem i pomogę na tyle ile będę mogła, udzielając informacji lub chociaż wspierając.


Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger