Dlaczego psy nie idą do nieba?

Dlaczego psy nie idą do nieba?




Powiedz 6 letniemu chłopcu, że jego piesek nie pójdzie do nieba. 
Powiedz 7 letniej dziewczynce, że nie ma tęczowego mostu.
Powiedz 10 letniemu chłopcu, że nie spotka się nigdy więcej ze swoim 10 letnim psem.

No dalej.


"Kasia, Pyza uciekła!!!" krzyknęła przerażona mama kiedy ledwo przekroczyłam próg domu. Chwilę później usłyszałam historię o tym jak mój ukochany chomiś za kuchenką układa sobie życie z panią myszą. Wyobrażałam sobie ich czarno białe puchate dzieci o mysim ogonie i wieczorami zaglądałam pod stół w nadziei, że kiedyś je spotkam. Nie wiem ile miałam lat, kiedy mama znalazła mojego chomika martwego. Szybko go schowała, postawiła drewniany domek na ostatnie pięterko i otworzyła drzwiczki klatki...


Kiedy mój pies wpadł pod samochód miałam jakieś 12 lat. Najpierw powiedzieli, że uciekł. Na lekcjach pisałam ogłoszenia, młodsza siostra obdzwaniała sąsiadów pytając czy nie widzieli naszego psa. Przez tydzień. A kiedy płacząc w kuchni rodzicom, powiedziałam, że Kuba ma swoje miejsce pod jabłonką, a Czester nigdy takiego miejsca mieć nie będzie, rozwaliłam ich na kawałki i w końcu przyznali, że właściwie to już ma... Wyobrażałam go sobie przekraczającego przez Tęczowy Most i bolało trochę mniej. Wtedy była to dziecięca wyobraźnia. Dziś to wiara. 

Według katolickiej doktryny zwierzęta nie mają duszy, a tym samym nie mogą trafić do nieba. Kiedy media udostępniły informację, że papież Franciszek na placu św. Piotra pocieszał płaczącego za swoim zmarłym pieskiem chłopca wypowiedział słowa, że niebo jest otwarte dla wszystkich stworzeń, Rzecznik Watykanu zareagował ekspresowo. Nagle okazało się, że zwierzęta do nieba nie pójdą, a to wszystko to wielkie nieporozumienie. Nie wiemy jak było na prawdę, ja wiem, że Papież Franciszek nie bez powodu przyjął takie imię. Oprócz miłości do zwierząt, ze św. Franciszkiem łączy go niesamowita skromność, która nie jest chwalona przez innych rządzących w Kościele Katolickim. Mam psa, wiem, że pójdzie do nieba i żaden papież nie musi mi tego potwierdzać, ale zastanawia mnie skąd w Kościele potrzeba przekonania ludzi, że zwierzęta wstępu do niego nie mają.

Św. Franciszek przedstawiany jest jako wyjątek w zwracaniu uwagi na zwierzęta. Przygotowując dla Was ten tekst trafiłam jednak na kilka informacji o innych świętych, którym los tych najmniejszych nie był obojętny. Założycielem pierwszego schroniska dla bezdomnych zwierząt był św. Marcin de Porres. Kiedy dostał on nakaz od przeora, aby rozsypać w klasztorze trutkę, miał powiedzieć: „Kochane szczury, napsociłyście w naszym klasztorze i przeor kazał wam podrzucić trutki. Dlatego naprawdę idźcie stąd, poszukajcie sobie takiego miejsca, gdzie nie będziecie nikomu przeszkadzały” Podobno przemówił im tym do rozumi i same odeszły. Św. Roch uznany jest za patrona zwierząt domowych. Przyjaciółmi zwierząt byli również św. Filip Nereusz czy św. Róża z Limy. Ta ostatnia, żyła w przyjaźni z komarami, które jej nie atakowały. Być może są to tylko pobożne legendy, ale tak jak przypowieści niosą ze sobą pewne przesłanie. Świadczą o tym, że zwierzęta należy traktować z szacunkiem i żyć z nimi w zgodzie. Dlaczego Kościół nie przytacza tych historii na niedzielnych kazaniach?

Rządzący kościołem w latach 1846-1878 Pius IX, twierdził, że zwierzęta nie mają świadomości, a nawet zablokował dokumenty, które miały chronić je przed okrucieństwem ludzi! W 1990 roku nasz polski papież Karol Wojtyła przyznał, że zwierzęta mają duszę, by w 2008 roku jego następca Benedykt XVI miał temu zaprzeczyć. Dlaczego Kościół nie potrafi wypowiedzieć się na ten temat jednoznacznie? Czy to czy św. Piotr przepuści przez bramę Burka zależy od aktualnie panującego papieża?

Pomijając tą sporną kwestię, zastanawia mnie dlaczego Kościół milczy na temat znęcania się nad zwierzętami? Dlaczego, mając tak wielką siłę przebicia w polskich wsiach, nie nawołuje do właściwego ich traktowania? Nie wymagam aby ksiądz z ambony głosił, że powinniśmy kochać całe stworzenie, bo i my i ono zostało stworzone na podobieństwo Pana Boga, chociaż powinniśmy. Chciałabym kiedyś będąc w kościele usłyszeć chociaż jedną przypowieść o św. Franciszku i słowa, którymi Kościół stanąłby w obronie tych najmniejszych. Chociaż jeden raz.


"Dokąd idą psy, gdy odchodzą? No bo jeśli nie idą do nieba,
To przepraszam Cię Panie Boże, mnie tam także iść nie potrzeba."
Barbara Bożymowska - Moje psie niebo



Poświęć się dla spełnienia marzeń

Poświęć się dla spełnienia marzeń


Uczymy się przez całe życie. Każda praca, nawet ta Twoim zdaniem nic nie znacząca, niesie ze sobą ogromne wartości. To co dziś nazywasz poświęceniem, jest Twoim wkładem w przyszłość o jakiej marzysz.


Pierwsze w życiu pieniądze, zarobiłam zrywając maliny w sadzie ojca koleżanki. Zarobki były prawie żadne, ale dzień w dzień wstawałam o 6, bo było miło. Rozmawiałyśmy, śpiewałyśmy i robiłyśmy kanapki w przerwie. Oprócz pięknej opalenizny, która utrzymywała się przez kilka miesięcy, wyniosłam z tego doświadczenia świadomość, że tak pracować nie chcę.

Nigdy jakoś szczególnie za nimi nie przepadałam, do tej pory nie wiem co kierowało mną, gdy szukając pracy założyłam konto na portalu dla niań. Po jakimś czasie okazało się, że w mojej miejscowości pewna rodzina, opiekunki potrzebuje dorywczo. Dwa dni w tygodniu odpowiadało mi idealnie. Trójka dzieci. Trójka chłopców. Pierwszą rozmowę pamiętam do dziś. Kiedy zaraz po niej pod domem wysiadłam z samochodu Mama pomyślała, że wydarzyło się jakieś nieszczęście. Taką miałam minę. "Nie dam rady. Trójka dzieci i ogromne oczko wodne. Przecież one mi się potopią." Gdy zadzwoniłam do mamy dzieciaków bardzo jej zależało abym to właśnie ja jej pomogła. Później dowiedziałam się, że zaimponowałam jej odpowiedzialnością, gdy odmówiłam podjęcia się tej pracy, z obawy, że coś się stanie dzieciom.

Wytrzymałam prawie dwa lata, podobno i tak najdłużej! To nie była lekka praca. Miałam zajmować się tylko najmłodszym dzieckiem, a pod moją opieką na kilka godzin zostawało też jego rodzeństwo. Ich mama często była w domu i pomagała mi ich ogarnąć, ale nie mogliśmy jej przeszkadzać kiedy pracowała w biurze. Spróbujcie wytłumaczyć dwulatkowi, że nie może pójść do mamy, kiedy doskonale wie, że mama w domu jest. Dwoiłam się i troiłam, wymyślałam przeróżne historie, zamieniałam się w smoka, przebierałam za rycerza, udawałam odgłosy resoraków, prowadząc je po podłodze i przemierzając hol na czworakach.

Co z tego wyniosłam? Cierpliwość, bo trzeba ją zachować kiedy obce dziecko pluje Ci w twarz zupką, a nie możesz liczyć na zwrócenie uwagi przez rodziców, bo ich dzieci są najdoskonalsze, to Ty nie masz doświadczenia. Z pewnością rozwinęła się moja kreatywność - w wymyślaniu historii o samochodzikach jestem mistrzem! Ale przede wszystkim wspomnieniem wróciłam do własnego dzieciństwa, doceniając to, że zostałyśmy z siostrą wychowane przez rodziców. Nie miałyśmy niani, sporadycznie zostawałyśmy pod obieką babć. Rodzice zawsze mieli dla nas czas i to właśnie my, a nie kariera były w ich życiu najważniejsze. Zmęczona opieką nad cudzymi dziećmi, powiedziałam, że już nigdy więcej się żadnym nie zaopiekuję. Co więcej, własnego nie chcę, bo po co mi dziecko, skoro w dzisiejszych czasach nie będę miała dla niego czasu i będę je podrzucać niańkom?

Po wyprowadzce do Lublina odezwała się do mnie dziewczyna mieszkająca na tym samym osiedlu. Potrzebowała dorywczej pomocy przy swoim synku. Chłopczyk miał dwa latka i był przeuroczy. Rodzice od razu uprzedzili mnie, że to małe chodzące adhd, mające swoje humorki. Uwielbiałam się z nim bawić i zabierałam go na spacery. Ta relacja osłodziła mi spojrzenie na dzieci i sprawiła, że zrozumiałam, że nie popełniłam błędu poprzednim razem. Uważałam, że to ja nie potrafiłam złapać kontaktu z dziećmi, którymi się zajmowałam. Była to jednak kwestia wychowania i zwyczajów panujących w domu. Zrozumiałam, że jeżeli ogarnęłam trójkę dzieci wchodzących na drzewa i próbujące pływać w oczku, to wychowanie jednego własnego, byłoby pestką!

Po kilku miesiącach dostałam telefon z firmy dla której obecnie pracuję. Praca w klinice codziennie uczy mnie cierpliwości, zwiększa moją kreatywność i wytrzymałość. Przechodziłam już chwile załamania i momenty, gdy myślałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Przeczytacie o tym między innymi tutaj: Biedni bogacze, bogaci biedni i w bardzo osobistym wpisie Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz. Ciągle uczy mnie nowych rzeczy i wystawia na próby. Co mi pomaga? Postanowienie, że bez względu na wszystko się nie poddam.

Nie ważne na jakim stanowisku pracujesz, ważne jakie masz podejście do swojej pracy. Jeśli zaangażujesz się całym sobą w to co robisz, bez względu na słabe wynagrodzenie, czy ciągłe uwagi przełożonych, zaczniesz czerpać z tego satysfakcję. A to zaprowadzić Cię może prosto do sukcesu. Kiedy przestałam się denerwować na rzeczy na które nie mam wpływu, zaczęłam myśleć o tym co jestem w stanie zmienić. Zaczęłam także czerpać korzyści z własnych doświadczeń. Zrozumiałam, że każde zajęcie jakiego się podjęłam niosło ze sobą naukę. Może nie widać tego od razu, ale po kilku latach dostrzegasz, która praca sprawiła, że stałeś się bardziej otwarty, a która pomogła Ci zwiększyć kreatywność. Nigdy nie będziesz miał wpływu na wszystko, masz za to ogromny wpływ na siebie i właśnie od tego należy zacząć. Na myśl o ciągłych wymaganiach, rósł we mnie bunt. Razem ze wzrostem obowiązków powininny wzrastać cyferki na koncie. Nie w Polsce, kochani. Tutaj postawić trzeba przede wszystkim na siebie, co też czynię. Ale o tym w kolejnych wpisach.


"Jeśli możesz kłaść się spać każdej nocy ze świadomością, że w ciągu dnia dałeś z siebie wszystko - SUKCES CIĘ ZNAJDZIE." 
Russel L. Mason



Giraffe cam vs Giraffe mom

Giraffe cam vs Giraffe mom


Kiedy ona urodzi? To pytanie od trzech tygodni zadaje sobie kilkaset tysięcy osób śledzących transmisję na żywo, prowadzoną prosto z boksu April. 15 letnia żyrafa mieszkająca w Animal Adventure Park w Nowym Jorku, budzi ogromne zainteresowanie wśród widzów. Emitowany film bije rekordy wyświetleń, nikt nie chce przegapić momentu rozwiązania. Widzowie aktywnie komentują poczynania April, nie mogąc się doczekć jej potomstwa. A jak mówią wpisy z dzisiejszego Twittera, niektórzy poddają w wątpliwość, czy żyrafa w ciąży rzeczywiście jest. Aktualnie żyrafę podgląda ponad 50 000 osób. Możecie przyłączyć się tutaj: GIRAFFE CAM

Jedna z czekających na małe żyrafiątko, Erin Dietrich, sama będąca w ciąży wpadła na pomysł założenia maski żyrafy i poprowadzenia livestreema na facebooku. Ciężarna kobieta ma znaczącą przewagę nad April pod względem wyświetleń. Jej transmisja prowadzona na żywo dobiła do 30 milionów oglądających! Możecie go zobaczyć tutaj: GIRAFFE MOM. Odbiór transmisji był niesamowity. W tej chwili post lubi ponad 300 tys. osób, a udostępniło go 457 tysięcy.

© Erin Dietrich / Facebook.com

Zadajemy sobie pytanie dlaczego. Dlaczego taki odbiór? Dlaczego kobieta narusza swoją prywatność? Dlaczego nie myśli, o tym że być może za 10 lat jej dziecko będzie słyszało, że mama urodziła go mając na głowie maskę żyrafy. Media nagłówkami narzucają nam co mamy o tym myśleć. Ludzie rozważają czy to sprzeciw wobec gloryfikacji zwierząt. A ja pytam dlaczego mamy się nad tym zastanawiać i oceniać decyzje tej kobiety.

Sama Erin w rozmowie z BBC opowiada o swoim zainteresowaniu April. Kiedy znajomi zaczęli drwić z jej obsesji, dotyczącej ciągłego podglądania żyrafy, postanowiła zamówić maskę. Ot, cała historia.

Jeśli już musimy doszukiwać się głębszego senscu to spójrzmy na to z tej strony, że komentarze pod postem były POZYTYWNE. Wielu ludzi pisało, że Erin rozbawiła ich do łez. Internet zalewa nas falą negatywnych informacji - wypadki, wybuchy, wojny, wieloryby...

A my dzielmy się tym co sprawia radość!


MOTYWACJA DO DZIAŁANIA

MOTYWACJA DO DZIAŁANIA



Ostatni czas spędziłam leżąc w łóżku z zapaleniem krtani, średnio co pół godziny prosząc o herbatę i zużywając roczny zapas chusteczek w tydzień. Po kilku dniach obudziło mnie dziwne uczucie w szyi. Kiedy próbowałam się podnieść czułam niesamowity ból, który towarzyszy mi do teraz, przy gwałtownych ruchach powodując łzy w oczach. Do lekarza zbierałam się dwa dni, o 18:00 w piątek pomyślałam, że właściwie mogłam się dla świętego spokoju przejść do przychodni, sprawdzić skąd się ten ból bierze. Akurat zamykali.

Tego ranka czułam irracjonalny strach przed podniesieniem się z łóżka. Ból był przeszywający, tak że przy lekkim przesunięciu głowy piszczałam. Moja tolerancja na ból wynosi okrągłe zero. Minęła godzina zanim zorientowałam się, że mogę uniknąć dyskomfortu kierując buzię lekko w prawo i w dół. Szyja przy gwałtownych ruchach boli nadal, ale już nie tak uporczywie jak pierwszego dnia. Podziwiam ludzi, którzy ciężko chorują, a mimo to potrafią wykrzesać z siebie więcej pozytywnej energii niż ktokolwiek w pełni sił.

Łukasz wychodząc z psem, wrócił się po klucze. „Biorę klucze, bo przecież nie podejdziesz do domofonu!” usłyszałam i zamarłam. A co jeżeli już by mi tak zostało? Co jeśli zostałabym przykuta do łóżka i musiałabym zdać się wyłącznie na pomoc bliskich? Przerastałaby mnie tak prosta czynność jak podejście do domofonu! Od roku w kryzysowych sytuacjach powtarzam Łukaszowi „Bóg dał nam dwie rączki, dwie nóżki – to czym Ty się będziesz martwił?”. Jednak nigdy aż tak poważnie nie myślałam o tym, że to ogromne szczęście BYĆ ZDROWYM. 



Mamy olbrzymie skłonności do marnowania czasu! Czas, który zmarnowałam ja? Największym jego zabójcą był i niestety ciągle jest internet. O ile w czasach dzieciństwa, głównie dzięki rodzicom, rzadko korzystałam z komputera i zawsze było to pod ich kontrolą, to kiedy już dorosłam i dostałam swojego pierwszego laptopa porwał mnie wirtualny świat.

Czatowałam z ludźmi, oglądałam seriale, czytałam wiadomości. Zarywałam noce, zasypiałam na zajęcia, a w wolne dni pobijałam rekordy w ilości przespanych godzin. Zafascynowana thrillerami, pochłaniałam jeden za drugim. Dwie z serii serialu Skins obejrzałam cztery razy. Słuchając muzyki analizowałam teksty, albo zapisywałam cytaty w coraz to nowych dziennikach. Mój pokój w pewnym momencie stał się moją strefą komfortu, nie był to ten poziom, że ciężko mi było z niego wyjść, jednak jak najszybciej chciałam znaleźć się z powrotem z ciepłą herbatą i laptopem, pod kocem na swoim fotelu. Siedząc z dziadkami, którzy przyszli w odwiedziny, myślałam o tym w którym momencie będę mogła wyjść, żeby nie było to niegrzeczne. Najczęściej uciekłam pod pretekstem nauki. Jeżeli nawet umówiłam się ze znajomymi to dwie godziny przed terminem dopadała mnie refleksja, że w sumie po co i odwoływałam spotkanie. Od zawsze też w moich rękach był telefon - smsy, facebook, instagram. Paradoks, że ciągle byłam w kontakcie z ludźmi, tak naprawdę wcale ich nie chcąc. 

Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że treści jakie czytałam były zupełnie bezużyteczne, nie wnosiły nic, nie rozwijały i nie motywowały mnie do działania. Dla przykładu, w pewnym okresie spędzałam wiele godzin na czytaniu forum Dogomania, głównie były to wątki dotyczące źle traktowanych psów. Nie byłam w stanie im pomóc, a niepotrzebnie sprawiałam sobie takimi wiadomościami psychiczny ból.

Dzisiaj też korzystanie z laptopa stanowi znaczną część mojego wolnego dnia. Ciągle uczę się jednak jak robić to mądrze, czym chcę się z Wami podzielić.

  1. Łączę  przyjemne z pożytecznym – zamiast tracić czas na oglądanie ulubionych vlogów, na których Blogerzy tylko o czymś opowiadają, włączaj je w tle, możesz od czasu do czasu zerkać na ekran, a przy tym robić inne rzeczy: prasować, zmywać naczynia, rozwieszać pranie. Kiedy gotuję lub biegam na bieżni włączam sobie ulubione kanały na youtubie, lub seriale.
  2. Stawiam na rozwój – w dzisiejszym świecie oglądanie vlogów to forma rozrywki. Nie mamy w mieszkaniu telewizora, bo jest nam po prostu zbędny, oboje bardzo chętnie odpalamy swoich ulubieńców z youtuba. Zamiast oglądać filmy ze śmiesznymi kotami czy czytać ploteczki z życia gwiazd, wybieramy ciekawe, rozwijające materiały z których możemy wynieść wiedzę.
  3. Skupiam się na jednej rzeczy - Kiedy obrabiam zdjęcia, czy piszę notkę na bloga zawsze mam otwartych kilka kart. Bardzo ciężko było mi skoncentrować się tylko na wybranym zadaniu i często w tle oglądałam filmy, odpisywałam na wiadomości, sprawdzałam pocztę. Co w rezultacie wydłużało czas mojej pracy. Tutaj z pomocą przyszło mi Pomodoro. Cudowna, prosta aplikacja, o której usłyszałam od Justyny, prowadzącej vloga 10 minut spokoju. Na początek musimy ułożyć sobie listę zadań na dany dzień, możemy to zrobić w formie pisemnej lub posłużyć się aplikacją. Ja używam Zamora Time, którą zainstalowałam za pośrednictwem Sklepu Windows. Następnie wybieramy zadanie do wykonania i włączamy timer. Mamy 25 minut, w ciągu których nie możemy przerwać naszej pracy. Aplikacja umożliwia zaznaczenie co było przeszkodą w jej skończeniu - czynniki z zewnątrz, czy my sami. Tak na prawdę do tego celu posłużyć się możemy zwykłym stoperem w telefonie. Wydaje się to śmieszne i może właśnie zastanawiasz się nad tym czy jest sens tracić czas na tworzenie list, odpalanie timera, zaznaczanie co Ci przerwało. Mnie osobiście to motywuje jak nic innego. A z drugiej strony pomaga się zorganizować, zamiast odwlekać coś całymi dniami możemy to zrobić od razu, jeżeli pomyślimy, że zajmie nam to TYLKO 25 MINUT!
Co z czasem dla siebie? Jak z leniwej buły stać się sympatykiem aktywności? Wcale nie każę Ci rezygnować z przesiadywania z nogami w górze, czy z popołudniowych drzemek. Wręcz przeciwnie! Organizując swój plan dnia wyznaczaj także czas dla siebie, może stanowić on nawet formę nagrody, czy miły przerywnik pomiędzy zajęciami. Staraj się też aby codzienne obowiązki przyjęły formy milsze Tobie. Dla przykładu, nigdy nie jadłam śniadań, bo po prostu nie chciało mi się ich robić. Teraz, robiąc listę zakupów, staram się aby mieć produkty, które aż zachęcają do wstania rano i przyszykowanie pysznego dania. Dziś na pierwsze śniadanie zjadłam owsiankę, a na drugie wypiłam przepyszny koktajl z avocado, banana i pomarańczy.




Jakie są Wasze sposoby na nietracenie czasu? Co pomaga Wam lepiej się zorganizować? Co motywuje Was do działania? Koniecznie podzielcie się swoimi refleksjami w komentarzu.


Czy facet bijący psa może być dobrym mężem?

Czy facet bijący psa może być dobrym mężem?





Przyznajcie, że każdej z Was patrząc na obecnego mężczyznę przyszło do głowy pytanie: czy on byłby dobrym mężem? czy byłby dobrym tatą? Opierasz się wtedy o ramę drzwi, patrząc jak smaży jajecznicę. Siedzisz 200 km od domu w środku nocy w zepsutym aucie, obserwując brudne od smarów ręce próbujące wskrzesić silnik. Leżysz w łóżku głaszcząc go po gołym torsie, spoglądając w niebyt. To pytanie przychodzi zawsze, nie ważne jak bardzo zaangażowana jesteś w związek. Przeważnie za bardzo. Ale czy kiedykolwiek pomyślałaś, że to czy będzie dobrym mężem i ojcem możesz wyczytać z tego w jaki sposób traktuje Twojego psa?

Ludzie nie szanujący zwierząt nie szanują ludzi.

Jej eks nie lubił zwierząt, za to doskonale wiedział, że lubi je ona i robił wszystko żeby myślała, że też je uwielbia. Wtedy była za młoda i za głupia żeby to wiedzieć. Cieszyły ją kwiatki, pluszowe serduszka w rozmiarach XXL, paczki słodyczy z Makro i że koleżanki zazdrościły, kiedy przyjeżdżał autem pod szkołę. Chodził z nią na długie spacery, jeździł na wystawy psów, kupił yorka. Wtedy nie połączyła faktów, że york był prezentem ze strachu, że wprowadzi się do niego z psem. Lepiej z yorkiem niż amstaffem, czyż nie? Przez pięć lat nie wywalczyła dla jego działkowych psów kojca zamiast łańcuchów i tak na prawdę przed każdym spacerem wybuchała wielka kłótnia. Nie rozstali się z powodu psa, ale dobrze, że rozstali się w ogóle. Ludzie nie szanujący zwierząt, nie szanują ludzi - zapisz to sobie.

Jest w stanie uderzyć psa? Uderzy dziecko.

Nie mówię tutaj o klapsie w pampersa, czy trąceniu psa gazetą. Jeżeli dajesz swojemu facetowi własnego psa, o którego dbasz, karmisz i pozwalasz wchodzić mu do łóżka, to chyba normalnym jest, że wymagasz aby traktował go przynajmniej normalnie. Więc jeśli przypadkiem zobaczysz przez okno, że się z nim szarpie, ciągnie za mocno, czy nie daj Boże kopnie(!), to mam nadzieję, że nie muszę mówić Ci co masz robić. A reszcie powiem co myślę - dałabym takiemu bohaterowi w twarz i wysłałabym w kosmos. Nigdy nie rozumiałam z jakiego powodu ludzie traktują zwierzęta w okrutny sposób. Za to zawsze byłam przekonana, że właśnie po stosunku do nich można poznać prawdziwe oblicze człowieka. Nie twierdzę, że każdy powinien jeść z jednej miski z psem i spać z nim w łóżku (sama przez pierwsze miesiące walczyłam żeby Nuka spała na swoim miejscu). Każdy natomiast powinien zwierzęta szanować.

Ci z miasta traktują psy lepiej?

Babcia powtarzała mi zawsze, że faceta powinnam wybrać sobie ze swojej miejscowości: swojego, prostego i robotnego. Od czego uciekałam zawsze, bo ani praca w polu mi się nie marzyła, ani prosty chłopiec. Mimo, że wychowałam się na wsi, a dzieciństwo miałam sielsko-anielskie, wieś od lat kojarzy mi się smutno. Los wiejskich psów to nadal polska rzeczywistość. Z dziadapradziada przenosiła się wieść, że krowa daje mleko, kury jajka, kot łapie myszy, a pies pilnować ma obejścia. Do garnka wrzuca się zlewki z wczorajszego obiadu, a w misce na wodę zazwyczaj znajduje się deszczówka. Wiejskie psy nigdy wcześniej nie były traktowane jak członkowie rodziny. Do tej pory pamiętam jak czternaście lat temu sąsiad śmiał się ze mnie, gdy wyprowadzałam swojego pierwszego psa na smyczy. PSA NA SMYCZY! No kto to widział? Gdybym teraz miała wybierać faceta to przysięgam, że zastanowiłabym się pięć razy nad takim, w rodzinie którego pies na łańcuchu to naturalny element wiejskiego krajobrazu! Tacy ludzie mają to wszczepione w genach. Nie ważne czy gość jest z miasta czy ze wsi. Zgodnie z powiedzeniem "człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy". Ważne jaką ma mentalność. A taka starowiejska mentalność jest straszna. Gromada dzieci. Żona przy garach. Obiad na czas. Podaj piwo kobieto. Brrr. Właśnie tego chcesz?

Jeżeli jesteś psiarą, uważaj podwójnie

W przypadku kobiet zakręconych na punkcie zwierząt jak ja, kiedy wybierzecie sobie faceta z rodziny, w której szanuje się zwierzęta, odpada kwestia kłótni na ten temat!!! Pamiętam ile bezsensownych walk stoczyłam, tracąc energię, którą mogłam spożytkować lepiej, odchodzac wcześniej. Teraz nie muszę się o to martwić. Rodzice Łukasza kochają swoje zwierzęta, tak jak my kochamy nasze. Nie słyszę, że pies wchodzi na łóżko. Nie rolkuję się przed wejściem, żeby zaraz nie usłyszeć, że mam zakłaczony sweter. Nie dostaję migreny na myśl, że jadąc do nich w odwiedziny Nuka znowu nieodpowiednio się zachowa. Oczywiście, że zachowa się nieodpowiednio, ale wszystko nam wybaczą.
WSZĘDZIE pojawiły się kleszcze i babeszjoza

WSZĘDZIE pojawiły się kleszcze i babeszjoza




Pijąc poranną kawę i przeglądając wiadomości, trafiłam na artykuł o kleszczach. Tytuł brzmiał "W lasach pojawiły się kleszcze". Od razu przypomniał mi się właściciel dwóch amstaffów, który na moje przypomnienie o koniecznej profilaktyce przeciwkleszczowej odpowiedział, że spaceruje z nimi tylko po chodnikach, więc nie potrzebują. Bardzo był zdziwiony, gdy uświadomiłam go, że kleszcza spotkać możemy nie tylko w lasach, ale również na osiedlowym trawniku, a nawet na działce przed domem. Kiedy pomyślałam, że jest potrzeba uświadomienia moich czytelników, zadzwonił Łukasz mówiąc, że koniecznie muszę napisać o kleszczach na blogu! Postanowiłam więc, że nie zasnę dopóki nie napiszę Wam wszystkiego co wiem na ich temat, aby pomóc uchronić Wasze psy przed babeszką. Nie jestem lekarzem weterynarii, więc nie opiszę tego problemu medycznym językiem. Przywołam tą chorobę z punktu widzenia właściciela.

Co to takiego ten kleszcz? Kleszcze są pajęczakami, które przenosić mogą wiele chorób, między innymi babeszjozę, prowadzącą do wielu zaburzeń, a nawet śmierci zwierzaka.


W jakich miesiącach powinniśmy stosować środki zwalczające kleszcze? Jeszcze kilka lat temu mówiło się, że szczególną ostrożność zachować musimy wiosną i jesienią. Obecnie, ze względu na ocieplenie klimatu pacjenci z babeszjozą pojawiają się u weterynarza nawet w grudniu, więc psiaka zabezbieczać trzeba cały rok. Pora roku nie jest już wyznacznikiem aktywności kleszczy. Wystarczy kilka stopni na plusie aby się obudziły. Późniejsze ewentualne przymrozki nie są już im straszne. Ich aktywność związana jest z cyklem rozwojowym - potrzebują krwi, kiedy przepoczwarzają się z formy larwalnej w drugą.

Gdzie możemy spotkać kleszcza? Wielu osobom wydaje się, że te stworzonka to problem głównie grzybiarzy, którzy przebywają w lasach. Podkreślę raz jeszcze KLESZCZE SĄ WSZĘDZIE. Do weterynarza z zarażonymi psami zgłaszają się ludzie mieszkający w śródmieściu, gdzie zieleń stanowi minimum.

Jak kleszcz trafia na skórę psa? Opowieści o kleszczach skaczących z drzewa prosto na nas, czy nasze zwierzęta możemy włożyć między bajki. Wspinają się na wysokoś maksymalnie 150 cm. Najczęściej przesiadują na krzewach i trawach, skąd przechodzą na sierść psiaka, by później wbić się w jego skórę.

Czym jest babeszjoza i kiedy dochodzi do zarażenia? Wywołuje ją Babesia canis, pierwotniak o gruszkowatym kształcie, pasożytujący w czerwonych krwinkach zwierzęcia. Samo żerowanie kleszcza nie jest groźne, do zarażenia dochodzi w momencie, gdy kleszcz jest zarażony chorobą. Pierwotniak dostaje się wraz ze śliną kleszcza do organizmu psa, gdzie natychmiast wnika do czerwonych krwinek, namnażając się i dzieląc niszczy je mechanicznie. W przypadku babeszjozy jeżeli usuniemy kleszcza dostatecznie wcześnie ryzyko zarażenia jest mniejsze, stwierdzono bowiem, że aby doszło do zarażenia kleszcz musi ssać krew przez 24h. Powinniśmy jednak po każdym kleszczu zachować ostrożność i obserwować naszego psa. Istnieje również możliwość zarażenia psa przy bezpośrednim kontakcie z krwią chorego zwierzęcia, na przykład podczas transfuzji krwi.

Jakie są objawy babeszjozy? Początki wyglądają niewinnie, pies nie chce się bawić, traci apetyt i  zmniejsza się jego aktywność. Z czasem staje się coraz bardziej osowiały, traci siły, jego mocz przybiera ceglastoczerwony kolor. Błony śluzowe i spojówki mogą być zażółcone. Temperatura sięga powyżej 40*C.

Kiedy zgłosić się do weterynarza? Zawsze, gdy mamy podejrzenie, że pies mógł mieć kleszcza i nagle stał się osowiały. Lekarz może stwierdzić obecność pierwotniaka na podstawie rozmazu krwi. Istnieje możliwość, że mimo, że zwierzę jest zarażone w rozmazie nic takiego nie widać. Warto więc w każdym takim przypadku zrobić psu morfologię.

Czym grozi babeszjoza? Im szybciej ją wykryjemy tym powikłania będą mniejsze, a szanse na wyleczenie większe. Nie sama babeszjoza zabija psy, a konsekwencje jakie ze sobą niesie - często są to uszkodzenia nerek, wątroby czy anemia hemolityczna, kiedy własny organizm psa powoduje rozpad czerwonych krwinek.  Nieleczona babeszjoza prowadzi do śmierci zwierzaka.

Jak leczyć babeszjozę? Bardzo ważne jest podanie kroplówki, leków przeciwpierwotniaczych, sterydu i odpowiedniego antybiotyku, a także innych leków w zależności od potrzeby i wyników badań. Leczenie powinno trwać przynajmniej kilka dni. Kiedy stadium choroby jest zaawansowane lekarz robi psu transfuzję krwi.

Czy można samemu usunąć kleszcza, czy muszę jechać z nim do lekarza?
Wiele razy robiłam to samodzielnie.
  • Należy pamiętać, aby złapać możliwie jaknajbliżej skóry, tak aby nie pozostawić w ciele psa główki kleszcza.
  • Trzeba to robić energicznie, uważając aby go nie uszkodzić, gdyż może on w tym momencie zwrócić płyny, grożące infekcją.
  • Jeżeli cokolwiek zostanie w ciele psa musimy to jaknajszybciej usunąć, w takim wypadku najlepiej jest zgłosić się z psem do lekarza.
  • Przez jakiś czas obserwujmy miejsce po kleszczu, czy nie tworzy się tam żaden stan zapalny.

Kilka lat temu zachorowała nasza spanielka Gabi. Wtedy jeszcze temat babeszjozy nie był tak nagłaśniany jak obecnie. Lekarz do którego trafiła na początku nie stwierdził od razu tej choroby, więc trafiła do następnej kliniki już w poważnym stanie. Udało się ją uratować, jednak spustoszenie jakie zasiał pierwotniak Babesi w jej organizmie spowodowało nieodwracalne zmiany w jej organizmie. Uważajcie na swoje pociechy, przeglądajcie je po każdym spacerze, obserwujcie ich zachowanie, czy nie stają się apatyczne.

Kiedy znaleźliśmy Nukę miała na sobie kilkadziesiąt kleszczy. Z niepokojem ją obserwowałam, więc jakiekolwiek obniżenie aktywności traktowałam jak zapowiedź tej strasznej choroby. Pobiegłam więc któregoś wieczora do najbliższego weta. Powiedziałam o ilości kleszczy jakie na niej żerowały. "Pani, jak ona tyle miała kleszczy to się już na nie uodporniła dawno!" - usłyszałam. Nie wierzcie w takie rzeczy. Ogromna ilość kleszczy, czy przebyta babeszjoza, nic nie uodparnia zwierzaka, a każde następne zarażenie jest jeszcze większym zagrożeniem życia Waszego psiaka!

Czym się zabezbieczamy? Na rynku dostępnych jest wiele preparatów, pamiętajcie jednak, że kleszcze w przeciągu kilku lat ewoluowały, a większość preparatów nie polepszyło swoich składów. Wybierajmy więc sprawdzone. Bravecto jest dość nowym środkiem do zwalczania kleszczy i pcheł, z zupełnie nową substancją czynną. Nie spotkałam się jeszcze z opinią, że po podaniu tego preparatu mimo wszystko trafił się jakiś kleszcz, a przy obrożach przeciwkleszczowych zdarzały się takie przypadki. Jest to też jedyny preparat który podawany jest psu doustnie. Forma małego ciasteczka sprzyja chętnemu spożyciu.

Dostępny jest w pięciu przedziałach wagowych:
2 - 4,5 kg
4,5 - 10 kg
10 - 20 kg
20 - 40 kg
40 - 56 kg

Psy powyżej 56 kg mogą dostać dwie tabletki zakresem jak najbliżej zbliżone do ich wagi. Producent nie zaleca podawania preparatu psom mniejszym niż 2 kg.

Nuka waży 23 kg, więc zdecydowałam się na ten w przedziale 20-40 kg, żeby mieć stuprocentową pewność. Tabletka w jej przedziale wagowym to koszt około 100 zł. Działanie zaczyna się bardzo szybko, bo już po 8 godzinach w przypadku pcheł i 12 godzinach w przypadku kleszczy. Działa przez okres 12 tygodni. Pamiętajcie o tym aby przestrzegać terminu działania preparatu.




Copyright © 2014 Brakuje Żyrafy , Blogger