Fifty - Wilk z Lublina

Fifty - Wilk z Lublina



            Zapytajcie dzieci z miast skąd się bierze mleko, usłyszycie, że ze sklepu. Mieszkańcy miast powiedzą Wam, że wilki biorą się z lasu.

           Znacie historię wilka, który grasował nad lubelskim zalewem? Ludzie, którzy spotkali go na swojej drodze przestraszeni wracali do domów, inni rezygnowali ze spacerów w tej okolicy. Niektórzy byli pewni, że to właśnie wilk, bo widzieli takie zwierzę w zoo. A pozostali chyba właśnie tak wyobrażali sobie tego, który zjadł babcię i miał chrapkę na Czerwonego Kapturka.

      Tym wilkiem była Fifty - wilczak czechosłowacki, która przywędrowała do nas aż z miejscowości Wysokie Mazowieckie. Przewędrowała więc ponad 200 km. Ponoć, bo równie dobrze ktoś mógł ją podwieźć bliżej. Mimo wszystko,  jakkolwiek się tutaj nie znalazła, to wspaniała historia miłości do psa i poszukiwań, zakończona ogromem szczęścia.

           Fifty została zakupiona przez człowieka, który był świadomy problemów jakie może stwarzać. W umowie sprzedaży widniał zapis uprawniający hodowcę do pierwokupu, a jednak suczka została sprzedana drożej osobom trzecim, a kiedy zrobiła się problematyczna przekazano ją "na podwórko, na wieś" do ludzi od których w końcu uciekła. Hodowczyni, nie mogąc uzyskać żadnych informacji od właściciela Fifty, wynajęła prywatnego detektywa aby sprawdzić co się z nią dzieje. Kiedy okazało się, że psa nie ma, rozpoczęła się akcja poszukiwawcza. Tutaj znajdziecie całą historię, opisaną przez właścicielkę Fifty -> HISTORIA FIFTY.


Spokojniej żyć

Spokojniej żyć



Wprowadzając psa do domu popełniłam chyba wszystkie możliwe błędy. Nie natarłam mu pyska zapachem kotów, nie przyniosłam kotom kocyka pachnącego psem. Nie zamknęłam ich w oddzielnych pokojach i nie przyzwyczajałam do siebie stopniowo. Kiedy weszliśmy z Nuką do mieszkania Zosia zeskoczyła z regału i podbiegła do nas sprawdzić co takiego tym razem ze sobą przytachałam. Może cierpi na krótkowzroczność, nie wiem, dopiero po chwili zorientowała się, że przyszliśmy z psem i trzeba się bać. Boi się do tej pory. Kuban się przestraszył na początku raz a dobrze i teraz są z Nuką dobrymi kumplami.

Niedawno przechodziliśmy kryzys z Zosią. Była tak przerażona obecnością psa, że prawie w ogóle nie schodziła z szafy. Zawsze pierwsza przy miseczce, rano nawet nie drgnęła na dźwięk otwieranej lodówki. Stała się jeszcze bardziej dzika i agresywna. Podejrzewałam, że może być to spowodowane stresem. Wizyta lekarska nie wykazała nic niepokojącego. Po konsultacji z lekarzem zastosowałam u niej kapsułki KalmVet. Jest to preparat wspomagający, który łagodzi objawy stresu i niepokoju. Podnosi odporność na stres, zmniejsza występowanie agresji, działa przeciwlękowo i uspokajająco. W składzie ma wyłącznie naturalne składniki: nasiona oleiste, owoce oleiste i ich produkty uboczne, a dodatkowo: rumianek, koziołek lekarski, czyli walerianę i aminokwas tryptofan.

KalmVet okazał się strzałem w dziesiątkę. Zośka zeszła z szafy, czasem nawet zasypia na łóżku z psem. Prawie już przestała przed nim uciekać, a dzięki temu skończyły się Nukowe gonitwy za Zosią po całym mieszkaniu. Nam się żyje łatwiej, Zośce spokojniej.


Ślub w lutym? Czemu nie

Ślub w lutym? Czemu nie



Kiedy piszę dla Was ten wpis jesteśmy już w drodze do Lublina. Weekend spędziliśmy na dalekim wschodzie, prawie pod Ukraińską granicą, a dokładniej w mieście Tyszowce - na ślubie mojej siostry, na którym pełniliśmy z Łukaszem rolę starszych drużbów. Pamiętam jak pięć lat temu Rafał zapytał mnie czy może zabrać moją siostrę na randkę. Długo do mnie nie docierało, że te kilka lat tak szybko minęły, a moja mała siostrzyczka wychodzi za mąż. Cieszyłam się bardzo, że to właśnie nas wybrali na starszych. Ślub w zimie? Wszystko wyszło rewelacyjnie!

Mały, bardzo klimatyczny kościół, dopełnił piękną atmosferę jednego z najważniejszych dni w życiu Młodych. Historia tamtejszej parafii sięga prawdopodobnie 1424 roku. Kościół został wybudowany około 1800. Nie przeszkadzała nam nawet temperatura, chociaż w środku było jeszcze zimniej niż na dworze, a podczas mówienia leciała para z ust. W sobotni poranek Łukasz z Panem Młodym rozstawiali jeszcze w kościele lampiony i nie chcąc zadeptać umytej już posadzki biegali po kościele boso. Podobno temperatura podłogi wynosiła minus milion. ;)

Wesele odbyło się w przepięknym domu weselnym Szewska Pasja. Jako fotograf ślubny jadłam w na prawdę wielu miejscach, ale tamtejsza kuchnia skradła mi serce. Dania były przepyszne a obsługa przemiła! W tamtych stronach za przypięcie kotylionu/bukieciku do marynarki bądź sukienki, goście weselni do koszyczka wrzucają starszym pieniążki. Czy ktoś z Was zna ten zwyczaj? My spotkaliśmy się z nim po raz pierwszy.

Większość młodych par decyduje się na ślub wiosną lub latem. Chcę Was przekonać, że warto wziąć pod uwagę też te zimniejsze miesiące. Organizacja ślubu jest wtedy o wiele łatwiejsza, nie ma długiego oczekiwania na salę, orkiestrę, fotografa czy operatora kamery. W niektórych miejscach można liczyć na zimowe zniżki i rabaty. Możemy być też pewni, że pod wpływem upału nie spłynie nam makijaż. Biorąc ślub w okresie około świątecznym nie musimy martwić się o dekoracje, wystarczą ubrane choinki i zapalone świece. Śnieżna atmosfera doda bajkowego klimatu.

W poniedziałek w nocy przyjechaliśmy na chwilę do naszych kotów, które zostały pod opieką Przemka - dziękujemy! Oczywiście od progu zgłaszały swoje żale i pretensje, że dopiero się pojawiliśmy. Zaraz po ich nakarmieniu wyjechaliśmy do rodziców Łukasza po psa. I Nuka i rodzice nie kryli radości, że już ją zabieramy. Podczas tego krótkiego pobytu zdążyła zbić półmisek, wyjeść całą wędlinę, uciec na ulicę i zjeść szczotkę do butów. Więcej szkód na szczęście nie było, chyba że resztę przemilczeli. ;) Nuce towarzyszył pies rodziców Łukasza - wielki owczarek niemiecki Leo. Od rana do wieczora bawiły się razem, biegały po podwórku i przewracały kwiatki w salonie.
Światowy Dzień Kota - obalamy mity!

Światowy Dzień Kota - obalamy mity!



Światowy Dzień Kota to święto, które corocznie od 1990 roku jest obchodzone we Włoszech 17 lutego. W Polsce po raz pierwszy usłyszeliśmy o nim w 2006 roku za sprawą Wojciecha Alberta Kurkowskiego, propagującego pod hasłem "Rasowce dachowcom" pomoc bezdomnym zwierzętom. Ten dzień ma uwrażliwiać ludzi na los kotów, szczególnie tych najbardziej potrzebujących, szczególnie obchodzony jest więc przez schroniska, fundacje i stowarzyszenia.

Koty to stworzenia niesamowite i nieodgadnione.
Krąży o nie wiele błędnych opinii, oto niektóre z nich:

MIT 1: To stworzenia egoistyczne, chodzące własnymi drogami i nie ceniące towarzystwa człowieka.

Zaprzeczy temu każdy kto miał choć raz w życiu swojego futrzastego przyjaciela. Nie są co prawda tak spragnione obecności ludzi jak psy, ale po powrocie do domu również możemy je zastać czekające pod drzwiami, a rano mogą obudzić nas delikatnie pacając łapką w czoło. Jako, że w ich krwi płynie krew dzikich przodków są dni kiedy zamiast przesiadywania na naszych kolanach wybierają swoje zakamarki, jednak za sprawą piórek, piłeczek i zabawek w kształcie myszek, łatwo zachęcić je do zabawy. 

MIT 2: Przywiązuje się bardziej do miejsca niż do ludzi.

Kuban jest bardzo związany z Łukaszem. Nie liczy się, że jestem w domu, zdarza się, że miauczy i nie może znaleźć sobie miejsca, z powodu nieobecności jego pana. Tak samo jak nie wybiega po mnie, gdy wracam do domu, a po Łukasza za każdym razem. Nie wmówi mi więc nikt, że ten kot nie jest przywiązany do człowieka.

MIT 3: Wychodzący znaczy szczęśliwszy.

Dawniej, kiedy nie było samochodów i tylu złych ludzi, owszem - wychodzący kot był szczęśliwszy od tego zamkniętego w domu. Z pewnością również przywiązany kot Pawlaków do takich nie należał. Teraz, kiedy świat się zmienił, kociemu bezbieczeństwu zagraża bardzo wiele czynników. Od samochodów zaczynając, poprzez trucizny pozostawione dla szczurów i myszy, na niewychowanej młodzieży, która swoje frustracje przelewa na zwierzęta, kończąc.

MIT 4: Kota nie można nauczyć/oduczyć niczego.

Prawdą jest, że zajmie nam to znacznie więcej czasu niż w przypadku psa, jednak istnieje wiele rzeczy, których jesteśmy w stanie nauczyć psa. Na youtubowym kanale NanaBorderCollie można znaleźć kompilacje sztuczek wykonywanych przez kota i... Border Collie. Da się wszystko, trzeba tylko chcieć.

To tylko niektóre z mitów dotyczących kotów.
A Wy? O jakich słyszeliście? W jakie ciągle wierzycie?



To nie jest kolejny wpis o miłości

To nie jest kolejny wpis o miłości



Dzisiaj nad ranem Kuba zaczepił Zochę nieśmiało, albo nawet niechcący, wyciągając łapę w jej stronę. Omal nie zapłacił za to życiem - zaraz rzuciła mu się z pazurami do gardła. Tak samo jest z ludźmi, czasem wystarczy ich tylko zaczepić, drasnąć, niechcący choćby drobną uwagą zarzucić i wybucha awantura.

Czasem wystarczy zły dzień.
14 luty na przykład.

Czy byłam w związku, czy nie - nigdy nie lubiłam walentynek. Być może dlatego, że najzwyczajniej w świecie mi nie wychodzą. Za nic nie cieszą mnie kolorowe serduszka, pomyślałam o tym w McDonaldzie patrząc na powciskane wszędzie gdzie tylko się dało różowe baloniki w ich kształcie. Bleh. Do śniadania dostaliśmy ciasteczko. Jabłkowe. Szarlotkowe. Cynamonowe. Nienawidzę cynamonu. Cynamon ma prawo bytu wyłącznie w szarlotce mojej rodzicielki, której nawet przez obecność przyprawy, nie potrafię sobie odmówić.

A więc tak, walentynkowe śniadanie zjedliśmy w maku. O 13 - uściślając. Najedzeni, z pełnymi brzuszkami ruszyliśmy na zakupy. Przymusowe i już od dawna zaplanowane, w dodatku z deadlinem, bo do czwartku musimy wyrobić się ze wszystkim. Z góry więc powinniśmy założyć, że będzie długo i nerwowo... Nie zdążyliśmy. Już po pięciu minutach od wejścia do galerii trzymałam zapakowane pudrowe szpilki, które przez jakiś czas będą mianowane ulubionymi. Pięć minut. Pierwszy sklep po lewo. Pięć minut z wejściem, przymierzeniem i zapłaceniem. Coś za łatwo poszło - pomyślałam, a Łukasz wypowiedział to na głos. Z resztą zakupów uporaliśmy się dopiero wieczorem. Przez ten czas zdążyłam trzy razy się rozstać, pięć razy przeprosić i milion razy być niemiła.

Ładne urządziłam Walentynki. Wiem. Już pomijając wywołaną kłótnie domyślam się, że jakikolwiek inny dzień w centrum handlowym jest dla facetów najgorszą formą spędzania czasu. Ale dlaczego mamy być dla siebie mili akurat 14 lutego? Święta, okej. Boże Narodzenie, okej.  W urodziny też nie sprawiajmy sobie przykrości. Ale 14 luty? To tylko skomercjalizowane święto. Kartki, prezenty, promocje, rabaty, kwiatki. Ktoś dobrze to sobie rozkminił. A jak mamy być dla siebie mili to bądźmy zawsze, a nie tylko czternastego lutego.

Przechodząc dwunasty raz obok kwiaciarni i widząc mężczyzn, powoli przesuwających się w ogromnej kolejce ku pani kwiaciarce, pomyślałam, że zamordowałabym mojego Łukasza, gdyby wpadł na pomysł spędzenia jakiegokolwiek popołudnia w kolejce za kwiatkiem, którego zaraz zeżrą koty, a nawet jeśli nie one, to sam padnie po dwóch dniach. Nawet jeśli lubiłabym kwiaty. Serio? W czasach, gdy nie ma czasu zjeść z rodziną posiłku, stoisz godzinę za badylem? Dobra, sam już sobie stój. Może dla jakiejś Niej akurat ten kwiatek jest priorytetem i ona nie liczy skradzionych minut, które bezpowrotnie stracisz w kwiaciarni. Ale widziałam tam też kilkoro znudzonych dzieci. Z tymi Tatusiami. Błagam. Za rok zabierzcie je na lody, a kwiatek kupcie mamusi następnego dnia.


Trudne życie miejskich psów

Trudne życie miejskich psów



Kiedy przygarnęliśmy Nukę wiele razy słyszałam, że powinniśmy poszukać dla niej domu, że pies powinien mieć podwórko do wybiegania się, a nie dwupokojowe mieszkanie (wspominałam o tym we wpisie Energia, której nigdy nie brak). A Wam ile razy mówiono, że blok to nie miejsce dla psa? Nie kwestionuję, że wieś jest dla zwierząt dużo bardziej przyjaznym miejscem niż zatłoczone miasto, ale komfort psiego życia w głównej mierze zależy od właściciela. Puszczenie samopas po hektarach działek nie zapewnią tyle szczęścia co dwu godzinny wypad na intensywny spacer z opiekunem.

To nie kwestią wybiegania powinniśmy się martwić.

Jak reagujesz na stres? Zatłoczone miejsca? Uliczne korki? Trąbienie klaksonów? Wyobraź sobie, że Twój pies reaguje na te bodźce w znacznie większym stopniu niż Ty. To co dla Ciebie jest głośne dla psich uszu może być już nie do wytrzymania.

Problemy z którymi musi radzić sobie miejski pies to przede wszyskim hałas, uliczny tłok, zanieczyszczenia powietrza i zwiększony ruch uliczny. Taki pies jest znacznie bardziej narażony na stres, niż jego bracia mieszkający na wsi. Czynniki z którymi musi się codziennie zmierzyć wpływają nie tylko na jego psychikę, ale także zdrowie - szybciej się starzeje, zapada na poważne choroby, na przykład dużo bardziej prawdopodobne u niego jest ryzyko rozwinięcia się astmy i zapalenia oskrzeli, czy zmian nowotworowych. Weźmy pod uwagę choćby fakt, że psie nosy znajdują się na poziomie rur wydechowych samochodów...

Poza tym zaklimatyzowanie się psa do życia w mieście może trwać dużo dłużej niż do mieszkania w domku na wsi. Dla Nuki barierę stanowiła już sama klatka schodowa, bała się do niej wchodzić i nie potrafiła wejść po schodach na górę. Mieszkamy na drugim piętrze, więc przez pierwsze dni wnosiliśmy ją i znosiliśmy na rękach. Mało wychowawczo, ale robiliśmy to głównie ze względu na ranę po sterylizacji. Później była zachęcana i nagradzana smaczkami za każdy schodek na który weszła. Podobnie było z jeżdżeniem autobusem. Pamiętam pierwszy raz, gdy musiałam ją w ten sposób przewieźć. Starsza Pani, przepuściła nas wtedy żebyśmy siadły od okna, niestety nic to nie dało, pies był strasznie zestresowany. Teraz, przyzwyczajona do jeżdżenia, jak tylko widzi MPK czeka kiedy będzie mogła wsiąść. :)

Z badań przeprowadznych przez naukowców z Departamentu Mikrobiologii Uniwersytetu Londrina w Brazylii wykonanych w 2013 roku wynika, że aż 49% psów mieszkających w mieście cierpi z powodu stanów lękowych, które spowodowane sa przez stres związany z nadmiernym hałasem. 

Długotrwały stres prowadzi do wielu zaburzeń zachowania - ciągłego szczekania, agresji, a nawet stanów depresyjnych.

Zadbajmy więc o to aby nasze psy czuły się jak najbardziej komfortowo żyjąc w mieście. W codziennym zabieganym życiu znajdźmy dla nich czas, codziennie zapewniając odpowiednią dawkę ruchu, na spacery wybierajmy spokojne miejsca, z dala od zakorkowanych ulic. Zabierzmy za miasto, pozwólmy poznać nowe zapachy i ciekawe ścieżki. Zagwarantujmy odpowiednią dietę, wybierając karmę spełniającą ich potrzeby. Ograniczmy stres do minimum. Jeżeli podczas naszej nieobecności nasz pies jest niespokojny, sąsiedzi skarżą się na nieustanne szczekanie a wracając do domu nie wiemy czy czeka nas widok pogryzionego regału czy tylko rozgryziona poduszka, skontaktujmy się z behawiorystą. Rozwiązaniem może być na przykład kennel klatka, w której pies podczas naszej nieobecności będzie odpoczywał, a my będziemy spokojni, że nic nie zniszczy a sobie nie zrobi żadnej krzywdy. My używamy i polecamy. O tym jak zaprzyjaźnić psa z kennelem powstanie wkrótce oddzielny wpis. :)




Copyright © 2014 Brakuje Żyrafy , Blogger