11:46

Podsumowanie 2017

Podsumowanie 2017




Czytając na innych blogach o cudownie przeżytym roku, sukcesach, nowych pracach, dzieciach i mieszkaniach miałam zrezygnować z własnego podsumowania i wrócić do bloga po Nowym Roku. Nigdy lepiej nie rozumiałam sensu życzeń "i żeby następny był lepszy", a dziś trzymam się ich jak ostatniej brzytwy. Choć właściwie nie wiem czy mogę określić mijający rok złym. To właśnie w tym roku wydarzyła się najgorsza rzecz w moim życiu. I właśnie to rzuca długi, smutny cień na wszystko inne. A przecież rok 2017 to też dobre chwile.

NASZ ŚLUB

Po dość burzliwym związku i jeszcze bardziej burzliwych przygotowaniach do ślubu zostaliśmy małżeństwem. Ten dzień był niewątpliwie najlepszym dniem w tym roku. A może nawet w całym życiu. 





BETTER TOGETHER

Z Madzią poznałyśmy się w mojej obecnej pracy. Wtedy robiłam też ślubne reportaże dla większej firmy, od początku jednak licząc na to, że kiedyś będę pracować na siebie. I chociaż jeszcze nie starczyło mi odwagi na porzucenie etatu w klinice to zrezygnowałam z robienia zdjęć dla kogoś i wspólnie z Magdą rozpoczęłyśmy przygodę ze ślubną fotografią. To właśnie ona, kiedy ja na chwilę przestałam widzieć sens dalszego życia, zakładała stronę, podsyłała mi do wyboru loga i pisała posty. Better Together stało się wtedy dla mnie namiastką normalności, nadzieją, że jeszcze przyjdą dobre dni. I przyszły. A nasze podróże na miejsca ślubów przejdą chyba do historii.

WARSZTATY PISARSKIE

Już raz zapisałam się na te warsztaty i byłam nawet na organizacyjnym spotkaniu. A później tryb pracy, życiowe perypetie czy może po prostu moje lenistwo, sprawiło, że nie poszłam na następne. W tym roku jest inaczej, mam większą motywację, z niecierpliwością czekam na kolejne spotkania w Domu Słów. Półtora roku temu zaczęłam pisać książkę, a w tym roku wreszcie do niej powróciłam.

SZKOLENIE

Długo żałowałam, że nie zmieniłam kierunku studiów, kiedy w moim mieście otworzyli behawiorystykę. Od dziecka interesował mnie ten temat i chętnie uczyłam komend psy w stowarzyszeniu. Szkolenie własnego psa, w dodatku takiego po przejściach, z nieznaną przeszłością jest olbrzymim wyzwaniem. Koleżanka poleciła nam behawiorystę, który zaczarował nam psa, zmienił nasze podejście i dał nadzieję, że można ją poskromić.

FIRMOWY BLOG

Pod koniec tego roku otwarta została nowa strona firmy w której pracuje, a do moich obowiązków doszła opieka nad blogiem i promowanie napisanych przeze mnie artykułów na facebooku, którego prowadzę już od roku. Mam okazję do rozwijania się pisarsko i pogłębiania wiedzy z zakresu mediów społecznościowych, z czego się niezmiernie cieszę. Doceniam też zaufanie jakim mnie obdarzono nie kontrolując wrzucanych przeze mnie treści.

~~~

Teraz kiedy zebrałam to wszystko w jednym miejscu widzę, że obiektywnie patrząc wydarzyło się więcej dobrych niż złych rzeczy. Oby 2018 był łaskawszym rokiem od początku do samego końca! Właśnie tego życzę i sobie i Wam! 

11:58

Nie porywaj matkom podlotów

Nie porywaj matkom podlotów


Kiedy jako nastolatka byłam na spacerze z psem ze stowarzyszenia znalazłam w parku, na ziemi małego nie potrafiącego latać ptaszka. Myśląc, że ratuję mu życie zabrałam go ze sobą do gabinetu. Usłyszałam wtedy, że najlepiej byłoby odnieść go na miejsce. Ale jak to? Małe, bezbronne pisklę? A koty? A psy? A co on będzie tam jadł? Zanim lekarz zdążył mi odpowiedzieć na te pytania, ptaszek padł. Może rzeczywiście był słaby. A może, co bardziej prawdopodobne, jego serduszko nie wytrzymało stresu na jaki naraziłam go biorąc na ręce.

Pracując w klinice niemal codziennie odbieram telefon z pytaniem co zrobić ze znalezionym ptakiem. Teraz wiem, że najlepsza odpowiedź to – zostawić go w spokoju. O ile oczywiście nie jest ranny. W wyniku ewolucji ptaki nauczyły się, że jeżeli młode opuszczą gniazdo więcej z nich przeżyje. Większość ptaków, które po wykluciu się są łyse, pozostaje w gnieździe aż osiągnie wiek tzw. podlota. Młode rozchodzą się wtedy w różne strony, a ptasi rodzice latając od jednego do drugiego opiekują się nimi, karmią je i porozumiewają się z nimi głosem.

Ludzie znajdując tak małe stworzonko, kierują się jak ja dawniej, chęcią pomocy. Nie mają jednak świadomości, że człowiek nie jest w stanie wychować ptaka tak jakby zrobili to jego rodzice. Samo wykarmienie zajmuje już mnóstwo czasu. Wykarmiliśmy ręcznie papugę z hodowli mojego czasu, więc wiem jak to wygląda. A z dzikim ptakiem jest zupełnie inaczej. Nawet jeżeli uda się go wykarmić, to w końcu trzeba będzie wypuścić go na wolność, na której prawdopodobnie sobie nie poradzi. Nie będzie na to przygotowany. Takie maluchy albo ze względów humanitarnych się usypia, albo wypuszcza na wolność, a bez rodziców obok ich szansa na przeżycie drastycznie spada. Jeżeli nawet ktoś podejmie próbę wykarmienia to nie zawsze się to udaje. Ptaki są zwierzętami trudnymi do diagnozowania i leczenia. Wymagają lekarzy, którzy specjalizują się w ich leczeniu. Nie łudźmy się więc, że lekarz będzie na przykład składał połamane skrzydło gołębia, najczęściej skróci tylko jego cierpienie.

To co możemy zrobić widząc podlota to rozejrzeć się czy miejsce w którym się znajduje jest bezpieczne, jeżeli nie - możemy go przenieść odrobinę dalej. Jeśli takie pisklę znajduje się w naszym ogrodzie, a mamy kota, który wychodzi możemy go przetrzymać w domu do czasu aż pisklę dorośnie. Nigdy nie zabierajmy ZDROWEGO podlota! Dla uspokojenia sumienia i upewnienia się, że podlot jest na pewno bezpieczny możemy poobserwować go z daleka. Jeśli rodzice są w pobliżu z pewnością zobaczymy jak przylatują go karmić. Porzucony podlot będzie nieustannie nawoływał rodziców, jeżeli przez dłuższy czas żadne z nich się wtedy nie pojawi to powód aby się zaniepokoić. Zdrowy, karmiony przez rodziców podlot będzie siedział cicho nawołując ich tylko od czasu do czasu.


Wiele osób nie ma świadomości, że zabierając podlota z jego naturalnego środowiska skazuje go na pewną śmierć. Udostępnij artykuł, aby uświadomić znajomych!


08:42

Dlaczego kot ugniata koc?

Dlaczego kot ugniata koc?


Mogłabym wpatrywać się godzinami na koty w tym stanie. Przypomina to ugniatanie albo wyrabianie ciasta. Mrużą przy tym oczy, czasem głośno mrucząc. Przebierają łapkami na miękkim kocu albo naszych kolanach. Czy jednak wiemy dlaczego tak robią?

Śmiało możemy powiedzieć, że umiejętność ta została przez nich wyssana z mlekiem matki! Jest to instynktowne zachowanie. Chwilę po urodzeniu kocię zaczyna ssać matkę, ugniatając łapkami okolice jej sutków. Ma to spowodować pobudzenie gruczołów mlekowych i produkcję mleka. Dlaczego jednak robią to też dorosłe koty?

Ugniatanie świadczy o poczuciu bezpieczeństwa naszego pupila, a także przywiązaniu do człowieka lub innego zwierzęcia. Podczas udeptywania może zdarzyć się, że kot wysunie pazurki. Nie możemy za to karcić kota, czy spychać go z kolan. Dla kota nasze zachowanie byłoby szokujące, przecież przyszedł żeby okazać nam, że czuje się przy nas bezpieczny! Najlepszym wyjściem będzie skracanie kociakowi pazurów (o ile jest to kot niewychodzący, wychodzącym kotom pazury zostawiamy w spokoju – muszą mieć się czym bronić!). A jeżeli takie zachowanie nam przeszkadza to delikatnie zdejmujemy kota z kolan, po pewnym czasie kot powinien przestać tak robić.

Kiedy kot ssie poduszki, koce, tkaniny

Niektóre koty wraz z udeptywaniem ssą koce, poduszki i różne tkaniny. Jeżeli kot robi to często i uporczywie powinno nas to zaniepokoić. Najczęstszą przyczyną jest zbyt wczesne odebranie od kociej mamy. Zosia, która została wychowana właściwie przez nas (Przeczytacie o tym tutaj: Jak opiekować się kocim oseskiem? Historia Zosi) czasem ssie niektóre materiały. Najlepsze rozwiązanie to pozbycie się, albo przynajmniej odizolowanie od kota, tych rzeczy które wzbudzają w nim takie zachowanie, czyli koców, bluz, pluszowych zabawek. Można też zakupić specjalne środki odstraszające, sami jednak nie musieliśmy ich stosować, bo ssanie Zochy nie jest częste. 

A czy Wasze koty też ugniatają lub ssą tkaniny?

Napiszcie o tym w komentarzu!


14:01

Jak opiekować się kocim oseskiem?

Jak opiekować się kocim oseskiem?


To Zocha po kilku dniach z nami. Kiedy ją znaleźliśmy miała maksymalnie 3 dni i małe szanse na przeżycie bez kociej matki. Każdego dnia zastanawialiśmy się czy dożyje jutra, czy na pewno wszystko robimy dobrze. Przetrząsałam internet w poszukiwaniu informacji na temat wychowania kociego oseska, a dziś dzielę się z Wami tym czego przy Zosi się nauczyłam.

Znalazłem oseska – co dalej?

Pierwsze co powinniśmy zrobić po znalezieniu kociego oseska to rozejrzenie się za jego mamą. Kocice często przenoszą swoje maleństwa w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca. Zosia została znaleziona przez pana ogrodnika w mojej poprzedniej pracy. Mimo że chodziliśmy po całej działce i szukaliśmy kotki lub innych kociąt nie udało się ich odnaleźć. Kiedy kilka dni później trafiliśmy na kotkę z maluchami szybko przeniosła je w inne miejsce i niestety nie udało się im pomóc. Pan ogrodnik trafił zapewne na moment przeprowadzki, kotki przenoszą swoje dzieciaki w zębach, pojedynczo, trzymając je za fałdkę na karku. Po znalezieniu kociaka najlepiej z dala wypatrywać kocią mamę. Nie czekajmy jednak za długo! Jeśli jest zimno bardzo szybko może dojść do wychłodzenia. Jeśli kocię miaucząc nawołuje mamę, a mimo to nie widzimy jej nigdzie w pobliżu, musimy mu jak najszybciej pomóc. Odkarmienie oseska jest szalenie trudne. Idealne rozwiązanie to znalezienie kociej mamki, czyli kocicy która ma albo niedawno miała małe, jest zdrowa i mogłaby wykarmić kolejnego malucha. Nie mamy na to wiele czasu. Najważniejsze jest nakarmienie i ogrzanie malucha.

Czym karmić kociego oseska?

W sprzedaży dostępne są specjalne mleka dla kociąt. My używaliśmy Kitty Milk firmy Beaphar. Przez pierwszą noc nie miałam możliwości zakupienia tego mleka i Zocha dostawała mleko dla niemowląt. Pamiętajcie aby nie podawać oseskowi krowiego mleka! Karmiłam ją wtedy przez strzykawkę, jednak to niebezpieczny sposób, bo może dojść do zachłyśnięcia. Następnego dnia razem z mlekiem kupiliśmy specjalny smoczek i buteleczkę do karmienia. Dziurka w smoczku nie powinna być za duża żeby mleko nie wylewało się z butelki. Nasze smoczki (bo jak maluch miał już siłę to niszczył smoczki! :)) miały takie dziurki, że po przekręceniu butelki powoli tworzyła się kropla mleka. Przez kilka pierwszych prób karmienia osesek może nie chcieć pić ze smoczka. Nie zniechęcaj się! Podczas karmienia kociak musi leżeć na brzuszku, nie trzymaj go odwróconego do góry nogami.

Co ile karmić kociego oseska?

Koci osesek wymaga karmienia co 2-3 godziny. Także w nocy! Po jakimś czasie powinien już sam budzić się i miauczeniem przypominać Ci o sobie. Zosia się nie budziła. Do tej pory pamiętam jak w nocy, przed włączeniem lampki, sięgałam ręką do pudełka. Sprawdzałam czy jest jeszcze ciepła... Bo tak jak wspomniałam na początku wykarmienie takiego maleństwa to ciężka sztuka, jego szanse na przeżycie po stracie kociej mamy znacznie spadają. Na szczęście Zocha za każdym razem, zaraz po kontakcie z dłonią podnosiła alarm. :)

Kiedy wprowadzić pokarm stały?

Kiedy Twoje maleństwo skończy miesiąc możesz zacząć przyzwyczajać je do stałego pokarmu, najpierw podając paszteciki dla kociąt. Karmę suchą wprowadzaliśmy kiedy już dobrze radziła sobie z mokrą. Na początku krokieciki rozmiękczaliśmy wodą. Karmienie Zochy nie było proste! Od początku rzucała się na smoczek jak szalona. Trzeba było pilnować żeby się nie zachłysnęła, a gdy już miała zęby żeby nie odgryzła komuś palca! ;) Na długo jej tak zostało. Gdy była już duża potrafiła wsunąć całą patelnię spaghetti!

Gdzie trzymać kociego oseska?

Maluchy wychowywane przez mamę są ogrzewane przez jej ciało. Naszym zadaniem jest zorganizowanie oseskowi ciepłego i spokojnego miejsca. Może to być kartonowe pudełko wypełnione ciepłymi kocykami, dobrze sprawdzają się też tetrowe pieluszki. Aby zapewnić maluchowi ciepło możemy włożyć do pudełka elektryczną poduszkę ustawioną na najniższą wartość, lub butelkę wypełnioną ciepłą wodą i owiniętą w pieluszkę. Uważajmy, aby nie przesadzić z temperaturą.

O czym jeszcze powinieneś pamiętać?

Kocie mamy po karmieniu myją swoje maluchy, pobudzając w ten sposób ich jelita do pracy. Osesek nie potrafi się jeszcze samodzielnie wypróżniać, musimy mu więc pomóc. Kolistymi ruchami masujemy kociakowi brzuszek, a okolice odbytu delikatnie pocieramy ciepłym wilgotnym wacikiem. Jeżeli cokolwiek nas zaniepokoi powinniśmy od razu udać się do lekarza weterynarii. W przypadku takiego maleństwa często nawet kilka godzin jest decydujące. Z Zochą kilka razy jeździliśmy do przychodni, bo miała problem z wypróżnieniem. Poza tym nie miała większych problemów.



Masz za sobą podobną historię? Chętnie ją poznamy.
Podziel się nią z nami w komentarzu.


09:34

Oddam psa, bo wyjeżdżam

Oddam psa, bo wyjeżdżam

Ostatni tydzień spędziliśmy dość intensywnie. W czwartek bawiliśmy się na weselu w Szczyrku u Madzi i Tomka, a już dwa dni później w Poniatowej u Oli i Piotrka. To była nasza pierwsza dłuższa nieobecność, odkąd mamy psa. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się więc dokąd oddamy Nukę.

Na tak długi czas w grę wchodziło tylko miejsce w którym ktoś rzeczywiście by się nią zajmował. Na noc jesteśmy w stanie zostawić ją w hotelu, gdzie psy znajdują się w małych klatkach i są wyprowadzane dwa razy dziennie na szybkie siku, ale dłuższy taki pobyt nie wchodził w grę.

Szukaliśmy więc miejsca, gdzie ktoś rzeczywiście by się nią zajął. Do tej pory jeździła albo do moich albo do Łukasza rodziców. Ale w moim rodzinnym domu jest dziecko, dwa psy i kot. Rodzice pracują na zmiany i strasznie się martwiłam, że nasz łobuz podczas ich nieobecności coś spsoci. Z resztą (głównie przez obecność yorka i kota) przy każdym telefonie, kiedy zostaje u nich pytam, czy niczego nie zagryzł! A u teściów panowała przedślubna gorączka i nie chcieliśmy dokładać kłopotu. Wesele Oli było niedaleko domu i bałam się też, że Nuka w poszukiwaniu nas przeskoczy płot, wpadnie pod samochód i... Dobra koniec czarnych wizji, przecież teraz leży obok mnie!

Obdzwoniłam koleżaki i wszystkie polecone hotele. W psich hotelach, gdzie miejsc jest tylko kilka rezerwacje trzeba robić z miesięcznym wyprzedzeniem! "Łukasz, my nie mamy serio nikogo kto nie ma małych dzieci, albo zwierząt i komu możemy zostawić psa?!" - poddałam się w końcu i zadzwoniłam do Mamy, że jednak będziemy rano! I tak nas tknęło na refleksję. Co by było gdyby rodzice mieszkali daleko. Gdybyśmy już na prawdę nie mieli jej gdzie zostawić. I wiecie co? Pojechalibyśmy z nią rano choćby do Warszawy, gdyby tam znalazł się hotel. Albo zabralibyśmy ją ze sobą w góry.

Dobrze pamiętam telefon od pani, która szukała domu dla psa i miała na to piętnaście minut. Kwadrans, ale za to pies rasowy i ładny! Bez rodowodu, ale taki jak rasowy przecież. Pani była właśnie pod schroniskiem, bardzo zdziwiona, że nie można sobie oddać psa ot tak. No psikus. Dzień wcześniej dowiedziała się, że nie będzie mogła zabrać pieska tam dokąd wyjeżdża. Trochę wierzyłam, trochę nie. Ale jednak współczułam, gdy chwilę po telefonie ze łzami w oczach opowiadała mi, że nie ma rodziny i niestety nikogo kto by się psem zajął. Poinformowałam, że będzie można zadzwonić, zapytać czy znalazł dom. To co usłyszałam w odpowiedzi obdarło mnie w jakichkolwiek złudzeń. "Nie no, nie będę sobie tym zaprzątać głowy". No okej, Pani sobie kupi drugiego. Panią stać przecież. Co tam pies.

Lepiej, że oddała go w taki sposób, niż miałaby wyrzucić gdzieś po drodze. Tak jak ktoś psa, którego widzieliśmy w drodze powrotnej ze Szczyrku. Niestety nie udało się mu pomóc i tak, to był tylko jeden znaleziony pies. Też jestem zdziwiona i mam jeszcze nadzieję, że po prostu na chwilę oddalił się od domu. Oczywiście, że pomiędzy złym a złym, zawsze lepiej wybrać to mniejsze i oddać psa byle gdzie niż wyrzucić. Są też sytuacje, kiedy ktoś na prawdę nie ma wyjścia. Ale nic nie usprawiedliwia ignorancji.

12:37

Przedślubna niespodzianka

Przedślubna niespodzianka


W dzień naszego ślubu, 30 minut przed fryzjerem, Łukasz wyszedł do sklepu. Kiedy przedślubne emocje sięgały już zenitu i starałam się sobie przetłumaczyć, że jeżeli teraz zacznę płakać to będę miała spuchnięte oczy zadzwonił mój telefon. Spomiędzy szczekania naszego psa i jeszcze jakichś odgłosów, usłyszałam jak Łukasz prosi żebym natychmiast wyszła, bo znalazł psa i on nie może przejść z naszym, bo zaraz się pogryzą. W ogóle nie uwierzyłam w tą historię. BYŁAM PEWNA, że przygotowal przedślubny prezent i chce mnie w taki sposób ściągnąć na dół. Poważnie się zdziwiłam kiedy zobaczyłam wielkiego psa bawiącego się z Nuką!

Łukasz odprowadził Nukę na górę, ja zostałam z naszym nowym kolegą, nie bardzo mając pomysl co dalej. Mój ZarazMąż wcisnął mi w ręce klucze i bułkę, mówiąc, że śpieszy się do fryzjera i żebym nakarmiła tę biedę, bo chudy, głodny i nie chce jeść! Zadzwonilam do Kasi z Chełmskiej Straży dla Zwierząt, która też szykowala się na nasz ślub! I dostałam numery do schroniska. Z tego wszystkiego nawet nie pomyślałam, że mogę do nich zadzwonić! Pani mogła przyjechać dopiero za pół godziny, a wtedy byłam już umówiona w salonie fryzjerskim! Znowu zadzwoniłam do Kasi, która podpowiedziała mi, że przecież mogę zaprowadzić psinę do swojej pracy, skąd w końcu psiaka odebrała pani ze schroniska.

Siedząc już u fryzjera dostałam od Kasi screena z wesołą mordką naszej znajdy. Okazało się, że kilka dni wcześniej psiak został adoptowany i uciekł nowym opiekunom, którzy go teraz poszukiwali. Właścicielka odebrała go ze schroniska. Gdybyśmy mieli więcej czasu to pewnie udałoby się ustalić opiekunów i oddać zgubę bezpośrednio właścicielom.

Byłam niesamowicie dumna z Łukasza. Mimo że był to dzień naszego ślubu i czas mieliśmy niemal co do minuty zaplanowany, nie zapomniał co w takiej sytuacji trzeba zrobić. Co prawda, zadzwonił do mnie i kiedy popędził do fryzjera to ja działałam dalej, ale mógł przecież przejść obok tego psa obojętnie, a dzięki niemu jeszcze tego samego dnia wrócił do swoich właścicieli. Później usłyszałam jak mówi, że kiedyś Nuka została znaleziona, a teraz pomogła odnaleźć drogę do domu innemu psu, bo tak właściwie to pies przybiegł do niej, nami nie był zbyt zainteresowany.








06:17

Cisza pod sercem

Cisza pod sercem
Wiedziałam, że są w życiu takie rzeczy i słowa, po których następnego dnia nic już nie jest takie jak wczoraj. Twoje podejście do życia, Twoje marzenia, Twoje myśli.

Wiedziałam też, że nieszczęścia się zdarzają. Myślałam tylko, że nie w mojej rodzinie. Nie moim bliskim. A przede wszystkim nie mi. Tak jak każda dziewczyna miałam na koncie kilka smutnych historii. Kogoś chciałam. Ktoś mnie nie chciał. Ktoś się źle zachował. Ale ból złamanego serca, albo urażonej dumy z upływem czasu mijał. A ból, który towarzyszy mi teraz jest tym bólem który trzeba oswoić, nauczyć się z nim żyć, żeby nie zwariować, a z biegiem czasu przekuć w coś dobrego. Chociaż teraz to się wydaje niewykonalne.

Od dwóch lat miałam wszystko. Kochającego mężczyznę. Poczucie bezpieczeństwa. Marzenia o domku, ogrodzie i dziecku. Wiele z Was wie o mojej ciąży z bloga albo instagrama, dlatego postanowiłam napisać tutaj co nas spotkało. Dziś nasz Okruszek jest już w niebie. Mi pozostała niezrozumiała tęsknota za tym czego nie było nam razem dane doświadczyć, ale też sama stałam się zupełnie inną osobą.

Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście niemal skakałam z radości. Udało nam się za pierwszym razem, a ja tak bardzo pragnęłam dziecka. Kiedy teraz o tym myślę, zastanawiam się co by było gdybym pomyślała wcześniej. Gdybym zrobiła badania przed planowaniem ciąży. Czy to by coś dało? Czy by pomogło? Przede wszystkim zastanawiałam się czy żałuję, że zaczęłam prowadzić kalendarzyk, że zaczęłam oczekiwać tego dziecka, że może w innym dniu wszystko byłoby inaczej, a teraz pisałabym o nowym wózku. Teraz wiem, że nie żałuję. Gdyby nie ta ciąża nie poznałabym naszego Aniołka. A przecież on jest. Od samego początku był przez nas kochany, wyczekiwany przez dziadków, ciocie i znajomych.

Nie żałuję też, że podzieliłam się tą radosną nowiną ze wszystkimi. Nie potrafiłabym udawać, że nigdy nie byłam w ciąży, że nie było takiego dziecka, że nic się nie stało. I chociaż teraz nie ma go już z nami, a przyjmowanie gratulacji i tłumaczenie każdemu co się stało jest trudne, nie żałuję. "Gromadźcie sobie skarby w niebie." - usłyszałam wczoraj na mszy zdanie z Pisma Świętego. Zdanie, które towarzyszyło mi cały poprzedni tydzień. Nasz Skarb jest w niebie i czeka tam na nas.

W tym wszystkim najgorsza była niewiedza. Kiedy w pracowni USG mój świat runął w gruzach lekarz, jeszcze mnie badając, odebrał telefon gratulując komuś tygodnia ciąży, którego ja nawet nie doczekałam. "Mamy problem" - usłyszałam, zaraz po tym jak sama miałam złe przeczucie patrząc na czarny ekran i maleństwo, którego nie podświetlał żaden kolor. I że to się zdarza, że to jest selekcja naturalna, że następnym razem się uda. Całą resztę musiałam poukładać sobie w głowie sama.

Pamiętam jak siedziałam na tym łóżku i patrzyłam na Łukasza po drugiej stronie sali. I jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że zanim podejdę do niego i zanim mnie przytuli, ktoś powie, że zepsuł się aparat do USG, że to obraz poprzedniej pacjentki, albo w ogóle jakieś niewiadomoco. Ale nie. Wstałam i rozpłakałam się na dobre w jego ramionach. 

Dostałam skierowanie do szpitala. "Prawdopodobnie farmakologicznie. Można czekać w domu, ale niewiadomo jak psychicznie to Pani zniesie. Lepiej w szpitalu." Nikt mi nie powidział jak będzie to wyglądać. Bardzo chciałam zabieg. Nie rozumiałam dlaczego mam znosić to sama. Jakie tabletki? Świat mi się kończy, a my na co czekamy? Płakałam całą noc i jeszcze trzy godziny na izbie przyjęć rano. Byliśmy z Łukaszem i moimi rodzicami pierwsi, jeszcze przed 8:00, ale czekaliśmy w kolejce, kiedy do pokoju przyjęć po kolei wchodziły kobiety w ciąży. Pomyślałam, że przecież straciłam przywilej pierwszeństwa... Z gabinetu KTG dobiegało bicie serduszka. Chciałam wrócić do łóżka i wyć dalej, a musiałam patrzeć na kobiety z brzuszkami. Dlaczego dla kobiet, które straciły dzieci nie ma oddzielnych miejsc?! "Pani się denerwuje?" - usłyszałam, kiedy pielęgniarka badała mi tętno. Na drzwiach kartka informująca o tym, że z powodu panujących wizyt nie ma możliwości odwiedzin. Ekstra. Żegnałam się z nimi, myśląc, że następne kilka dni spędzę sama. Okazało się, że mogą iść ze mną wszyscy.

W szpitalu położne wzięły mnie pod ręce i powiedziały, że dostanę łóżko, ale muszę poczekać aż się zwolni. Póki co dostałam leżankę na korytarzu. Mama poprosiła o rozmowę z psycholog, bo szpital ma taką możliwość. Ale nie było nikogo na moim oddziale, więc wezwali kogoś z góry, z położniczego. Psycholog chyba nie bardzo wiedziała co ma mi powiedzieć, mówiła o przyszłości i o tym, że czasem tak jest, że organizm czuje, kiedy matka nie jest gotowa na dziecko. To tak jakby odeszło, bo niewystarczająco mocno je chciałam? Opowiadała też jak tłumaczy matkom, które urodziły, że to są ich dzieci. Bo one są w szoku, bo nie mogą uwierzyć, bo przecież przed chwilą były w brzuchu, bo czasem ich nie chcą. Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby przyniosła mi takie dziecko, bo ja na pewno byłabym w stanie je chcieć. Ale chociaż czas minął mi szybciej, a zaraz później zostałam wezwana na badanie USG, któro miało potwierdzić diagnozę. I potwierdziło. Chociaż jeszcze przez chwilę wierzyłam, że może nie.

Mimo, że opieka była na prawdę wspaniała dalej nikt mi nie powiedział na co ja mam się szykować. Jedni mówili, że będzie tak, inni, że inaczej. Wbrew wszystkiemu nie było najgorzej. Dostałam łóżko w dwuosobowej sali, z panią w podobnej do mojej sytuacji. Gdyby tylko ktoś wcześniej mi powiedział, że jak to będzie stresowałabym się mniej. Łukasz cały czas mógł być przy mnie. W najgorszych momentach trzymał mnie za rękę. Poprosił pielęgniarki o coś przeciwbólowego. "To jeszcze nie jest ból" - powiedziała jedna z nich, a on mi to powtórzył! Ale po kroplówce było dużo lepiej i na prawdę nie bolało. Nikt nie robił problemów z odwiedzinami. Łukasz przychodził rano, w nocy sama wyganiałam go, żeby się wyspał w domu.

W tamtych momentach pragnęłam tylko, żeby maleństwo było z szacunkiem pochowane. Tylko tak je mogłam teraz ocalić. Chyba to dało mi siłę na przetrwanie, bo zadziwiłam i bliskich i nawet samą siebie, znosząc to wszystko tak dzielnie. Nie każda kobieta w takiej sytuacji wie, że istnieje możliwość pochowania Aniołka, bez względu na czas trwania ciąży. Każdy szpital ma obowiązek zapewnić kobiecie taką możliwość, ale nie każdy o tym informuje. My akurat i wiedzieliśmy i lekarz od razu nas o tym poinformował. Chociaż uważam, że powinnam dostać tę informację zaraz po pierwszym badaniu USG, wraz ze skierowaniem do szpitala.

Teraz jestem już w domu. Uczę się żyć na nowo. Z pustym brzuszkiem. Tysiące myśli codziennie przebiega mi przez głowę, najwięcej wieczorem, tuż przed snem. Ale przecież jeszcze będzie dobrze.

Mam nadzieję, że żadna z Was nie znajdzie się w takiej sytuacji, ale gdyby ktoś z Was jej jednak potrzebował to jestem i pomogę na tyle ile będę mogła, udzielając informacji lub chociaż wspierając.


07:49

Zrobiłbyś to dziecku? Nie rób tego swojemu psu.

Zrobiłbyś to dziecku? Nie rób tego swojemu psu.


Ile razy wszedłeś do sklepu tylko po bułki, śmietanę lub butelkę gazowanego napoju, a utknąłeś przy półce z gazetami, lub postanowiłeś nagle zrobić też zakupy na obiad? Ja przynajmniej milion. Jeśli wejdziemy razem do sklepu i Ci się zawieruszę, to możesz być pewny, że znajdziesz mnie przy stoisku z książkami. W tym miejscu byłabym w stanie zapomnieć, że na parkingu w coraz bardziej rozgrzanym samochodzie został fotelik ze śpiącym dzieckiem, albo pies na przednim siedzeniu. I to szczególnie wtedy, gdy byłby to wyjątek. Nie mów, że Tobie by się to nie zdarzyło. W dzisiejszych czasach jesteśmy tak zabiegani i tyle mamy na głowie, że otwierając lodówkę nie pamiętamy po co do niej sięgamy, idąc do pokoju, nie wiemy co chcemy z niego zabrać. Nie ma tłumaczenia, że do sklepu wchodzę tylko NA CHWILĘ. Nigdy nie wiesz, czy ta chwila się nie przedłuży i jakie konsekwencje będą się za tym niosły.

Pamiętacie głośną historię, gdzie tata zapomniał zajechać do żłobka i dziecko spędziło kilka godzin w aucie, podczas gdy on był w pracy? Maleństwa nie udało się uratować. Jeden błąd. Samochód w kilkadziesiąt minut stał się trumną. Zapomnienie się kosztowało życie.

NIE BĄDŹ OBOJĘTNY – REAGUJ

Osobiście pozostałabym wdzięczna do końca życia komuś, kto wybiłby szybę ratując moje dziecko czy psa. Pozostawienie kogoś tak bezbronnego w samochodzie to głupota opiekuna, ale jeżeli jesteś świadkiem takiej sytuacji to już Twoja odpowiedzialność.

Po pierwsze, sprawdź w jakim stanie jest pies/dziecko. Jeżeli jeszcze może poczekać wezwij policję dzwoniąc pod 112 lub 997. Pamiętaj jednak, że liczą się sekundy. Przy temperaturze powyżej 30*C po 20 minutach w samochodzie jest już 50*C, po kolejnych 20 minutach wzrasta do 60*C. A w pełnym słońcu niebezpieczna jest już temperatura 20*C. Eksperyment vlogera Siema TV pokazał, że godzina dla dorosłego mężczyzny w rozgrzanym samochodzie, jest na prawdę męcząca - Zamknął się w samochodzie podczas upału na godzinę. Pamiętajcie, że małe dziecko wpadając w panikę i płacząc wyniszcza w takiej sytuacji swój organizm jeszcze bardziej. Psy nie pocą się, więc mogą się wentylować jedynie ziejąc.

Jeżeli sytuacja dzieje się np. pod marketem, możesz poprosić obsługę sklepu o zawołanie właściciela samochodu przez megafon. Jeśli nie możesz czekać na pomoc, poinformuj policję, że zamierzasz uratować życie psu/dziecku wybijając szybę, z powodu bezpośredniego zagrożenia utraty przez nie zdrowia lub życia. Tutaj znajdziemy film o tym jak bezpiecznie wybić szybę w aucie, w którym znajdują się poszkodowani: Wypadek, wybijanie szyb w pojeździe z uwięzionym poszkodowanym.

W wywiadzie z prawnikiem (Rozmowa z adwokatem Katarzyną Topczewskączytamy, że możemy to zrobić bez żadnych konsekwencji, ratujemy bowiem wartość wyższą niż szyba: życie. Mimo wszystko, aby uchronić się od potencjalnych konsekwencji, czy uznania nas za wandali, jeżeli tylko mamy taką możliwość nagrajmy zaistniałą sytuację i zbierzmy świadków, którzy będą mogli potwierdzić, że pies lub dziecko, wymagało natychmiastowej pomocy. 



Nie popełnia przestępstwa, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego jakiemukolwiek dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone przedstawia wartość niższą od dobra ratowanego. Nie popełnia przestępstwa także ten, kto, ratując dobro chronione prawem w warunkach ww. określonych, poświęca dobro, które nie przedstawia wartości oczywiście wyższej od dobra ratowanego.W razie przekroczenia granic stanu wyższej konieczności, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia. Nie stosuje się nadzwyczajnego złagodzenia kary, jeżeli sprawca poświęca dobro, które ma szczególny obowiązek chronić nawet z narażeniem się na niebezpieczeństwo osobiste. Art. 26 kodeksu karnego


Kto zniszczył lub uszkodził cudzą rzecz albo zabił lub zranił cudze zwierzę w celu odwrócenia od siebie lub od innych niebezpieczeństwa grożącego bezpośrednio od tej rzeczy lub zwierzęcia, ten nie jest odpowiedzialny za wynikłą stąd szkodę, jeżeli niebezpieczeństwa sam nie wywołał, a niebezpieczeństwu nie można było inaczej zapobiec i jeżeli ratowane dobro jest oczywiście ważniejsze aniżeli dobro naruszone.Art. 424 kodeksu cywilnego


A Ty?
Widzialeś zamkniętego psa lub dziecko w aucie? Co zrobiłeś?
Co zrobisz, jeżeli znajdziesz się w takiej sytuacji?


17:20

TO NASZ OSTATNI SPACER, czyli metody wychowawcze w ciąży

TO NASZ OSTATNI SPACER, czyli metody wychowawcze w ciąży

Są momenty kiedy przymykasz oko na wszystkie metody wychowawcze jakie podsunęła Ci znajoma behawiorystka i jesteś w stanie zrobić dla psa wszystko, byle tylko ruszył się z miejsca. Na przykład jak autobus odjeżdża za 15 minut, masz wizytę u lekarza za pół godziny i wstałaś specjalnie wcześniej żeby pies pospacerował dłużej. Albo jak tak Cię ścięło, że jak nie położysz się zaraz już to umrzesz temu psu na kostce pod blokiem. I to wcale nie alkohol. Mówisz więc swojemu upartemu psu różne dziwne rzeczy. Nadal nie reaguje, za to macie już zbiorowisko gapiów, ale właściwie jest Ci wszystko jedno, byle tylko kundel zaczął podążać w stronę domu.

Trochę ją sobie tak źle wychowaliśmy, a trochę to zasługa przeszłości na gigancie. Coraz częściej mam wrażenie, że nikt jej nie wyrzucił. Myślę, że po prostu znudzili jej się starzy i któregoś dnia sobie wyszła. A my jej odebraliśmy wolność, więc teraz się buntuje. Na początku kiedy nie chciała iść do domu skakała na nas, łapała za torbę, siatkę, smycz, cokolwiek co mieliśmy w ręce. Zobaczyła jednak, że za każdym razem odwracamy się wtedy i nie reagujemy, więc obrała inną taktykę. Od tamtej pory, gdy trasa spaceru nie idzie po jej myśli kładzie się na ziemi. Czasem pomagało kiedy udawałam, że idę tam gdzie chce, robiłam kółko w miejscu i mogłam udać się w wybranym kierunku. Teraz już nie ma tak łatwo.

Wyłożyła mi się najpierw przy placu zabaw. Według poradników, których pochłonęłam już kilkadziesiąt powinnam niewzruszenie oddalić się od niej i zaczekać aż zacznie mnie szukać. Gdybym się oddaliła, wcześniej odpinając smycz, szukałabym to ja jej. Więc najpierw przypięłam smycz do siatki placu i powolutku oddaliłam się za najbliższy blok. Policzyłam do dwudziestu. Wróciłam. Myślisz, że się ruszyła chociaż?

Po powrocie od lekarza wyszłyśmy znowu. Chociaż byłam bardzo zmęczona, szczególnie, że dwa autobusy z rzędu nie przyjechały. Kiedy jesteś sama w domu z psem, ciąża to nie wymówka. Nie ma przeproś. Miałam tylko nadzieję, że teraz wychodzimy na szybkie siku, ja wracam do łóżka, a jak już zregeneruje siły to wieczorem wyjdziemy na wybieg (albo Łukasz wyjdzie <3 ). Już, już zmierzałyśmy w stronę bloku, gdy podeszła do nas mała dziewczynka. Wytłumaczyłam z której strony podchodzi się do pieska, gdzie można go głaskać i jak ma na imię. Nuce spodobało się tak bardzo, że znowu postanowiła się położyć. Dziewczynka odeszła, ja zostałam z leżącym psem. Mówię "no chodź!" Zerwała się na nogi. Ja zdziwiona, ale ucieszona. Okej, idziemy! Okazało się, że za mną stał inny pies i już po chwili leżała znowu.

Niby to nic takiego, pewnie pomyślisz, że wystarczy pociągnąć za smycz, kazać jej wstać i wrócić do domu. Nasz pies jest po prostu cholernie inteligenty i z nią nie ma tak lekko. Wcześniej mało wychowawczo brałam ją pod pachę i stawiałam na nogi. Zazwyczaj wtedy już nie stawiała oporów. Teraz, ze względu na ciążę, nie mogę dźwigać, więc zostało mi tylko zapobieganie takiego zachowania, czyli rozglądam się za psem do którego chciałaby podejść i zwracam jej uwagę na siebie, zanim się położy. Dzisiaj nie zdążyłam. Już tak bardzo chciało mi się do domu, psu się bardzo chciało zostać. I co robić?

"Chodź to Ci coś dam". Oczywiście, że w takiej sytuacji akurat nie mam nic. Jak coś mam to raczej udaje mi się zapobiec takiemu zachowaniu. "Chodź, zobacz gdzie jest Jerzy". Na początku pomagało, teraz już wie, że oszukuję i wcale Jerzego nie ma tam gdzie mówię, że jest. "To jest nasz ostatni spacer, obiecuję". Obiecanki, cacanki. Przecież ani nie zostawię jej na środku osiedla, ani nie odwiozę pod bramę schroniska.

Mnie już bardzo mdli i ogólnie to bym sobie może znów zemdlała. Wtedy się ruszy? Albo chociaż ktoś ją za mnie przeciągnie pod dom, a ja się wreszcie będę mogła przespać. Nagle mam! Mama mia! Podnieść nie podniosę, ale przecież jak uszczypnę w tyłek to z pewnością wstanie! Uszczypnęłam.... więc mnie ugryzła. Lekko, bo lekko, ale wstała od razu. Nawet się na mnie nie spojrzała. Na trzy psy, które mijaliśmy też nie. Słowem się do niej nie odezwałam. Sama ogarnęła, że przegięła.

12:16

TOKSOPLAZMOZA - nie taki kot straszny jak go malują

TOKSOPLAZMOZA - nie taki kot straszny jak go malują



"Pozbądź się kotów! Oddaj psa! Zwierzęta przenoszą choroby! Nie boisz się?" - Ile razy usłyszałaś to będąc w ciąży lub ją planując? Na początku przyszłego roku nasza gromadka się powiększy. Z pewnością domyślacie się, że przy psie i dwóch kotach, na pomysł abyśmy je oddali wpadli niemal wszyscy, z którymi tą radosną nowiną się podzieliliśmy.


Zastanawiałam się długo w jaki sposób i kiedy o mojej ciąży napisać na blogu. Temat o toksoplazmozie wydał mi się strzałem w dziesiątkę, szczególnie, że Łukasz powiedział, kiedy wpadłam na pomysł takiego wpisu, że zamiast wdawać się w głupie dyskusje będziemy mogli podrzucić tylko link do mojego bloga.

CO DO TOKSOPLAZMOZY MA KOT I JAK JESZCZE MOŻEMY SIĘ ZARAZIĆ?

Toksoplazmozę przechodzi ponad 50% ludzi, z czego większość zupełnie nieświadomie, choroba ta przebiega bowiem bezobjawowo. Zdarza się, że przypomina grypę - podwyższona temperatura, ból głowy i powiększenie węzłów chłonnych. Nie niesie ze sobą zagrożenia dla kobiety, a raz przebyta uodparnia na zarażenie pasożytem Toxoplasma gondii na całe życie, podobnie jak ospa. Toksoplazmoza może być jednak niezwykle niebezpieczna dla dziecka noszonego w brzuchu. Szczególnie w pierwszych miesiącach ciąży.

Pasożyt Toxoplasma do rozwoju potrzebuje dwóch żywicieli:
  • pośredniego, może być nim człowiek, jak i wiele gatunków zwierząt
  • ostatecznego, którym są kotowate (w tym koty domowe). Pasożyt przechodzi pełen cykl rozwojowy wyłącznie u kotowatych, u których rozmnaża się płciowo.

Jak kot może zarazić się toksoplazmozą?
  • zjadając zakażonego nosiciela - mysz lub szczura
  • zjadając surowe zainfekowane mięso

Jak wygląda przebieg toksoplazmozy u kota?
  • Po 10 dniach po spożyciu zakażonego nosiciela, lub mięsa w przewodzie pokarmowym kota następuje produkcja oocyst, czyli jaj pasożyta.
  • Wydalanie oocyst wraz z kałem trwa do dwóch tygodni.
  • Oocysty osiągają inwazyjność dopiero po 72 godzinach.
  • Kot przechodzi toksoplazmozę tylko raz w życiu.

Czy można sprawdzić, że mój kot jest zakażony pasożytem toksoplazmozy?

Wynik z krwi kota odpowie nam jedynie na pytanie, czy nasz kot miał wcześniej kontakt z pasożytem toksoplazmozy. Aby przekonać się czy aktualnie choruje musimy zbadać jego kał na obecność oocyst pasożyta. Dla pewności możemy przeprowadzać badanie co 3-4 tygodnie do porodu dziecka. 

Jak możemy zarazić się toksoplazmozą?
  • jedząc surowe mięso, np. tatara, lub próbując czy dobrze doprawiliśmy mielone mięso na kotlety
  • jedząc niemyte warzywa i owoce, które mogły zostać zanieczyszczone przez zarażonego kota
  • nie zachowując czystości podczas czyszczenia kociej kuwety
  • przy skaleczeniu się podczas przygotowywania zakażonego mięsa
  • przez skaleczenie skóry pracując w ogrodzie, na zarażenie się tą drogą są szczególnie narażeni weterynarze, rzeźnicy lub pracownicy labolatorium
  • rzadko podczas transfuzji krwi

Kiedy ginekolog zapytał mnie o miejsce pracy, od razu usłyszałam, że grozi mi wysokie ryzyko zarażenia toksoplazmozą. To pięknie - pomyślałam - przecież muszę się przyznać do dwóch prywatnych kotów. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu odpowiedział, że ciąża nie jest powodem do pozbywania się z mieszkania zwierząt. Trzeba tylko zachować ostrożność, unikać sprzątania kuwety lub robić to w rękawiczkach. Ważne jest również, aby była na bieżąco czyszczona i wyparzana gorącą wodą. Należy też zachować umiar w kontaktach z pupilem, ograniczyć przytulanie, nie całować kota, nie pozwalać mu spać ze sobą w łóżku, czy chodzić po blatach.


TOKSOPLAZMOZA W CIĄŻY

Choroba, która jest zupełnie nieszkodliwa, stanowi poważne zagrożenie kiedy dotyczy kobiet w ciąży. W czasie trwającego zakażenia matki może dojść do przeniknięcia przez łożysko aktywnego pasożyta toksoplazmozy do płodu.

Wraz z wiekiem ciążowym wzrasta ryzyko zarażenia, jednak szkoda jaką może wyżądzić maleje. Najbardziej narażone na konsekwencje choroby są kobiety we wczesnej ciąży. 

Objawy toksoplazmozy u dzieci, po zarażeniu we wczesnej ciąży:

  • wewnątrzmaciczny zgon płodu, rzadziej poronienie
  • zapalenie siatkówki i naczyniówki oka
  • zwapnienia śródmózgowe 
  • małogłowie lub wodogłowie
  • zaburzenia widzenia
  • niedosłuch
  • drgawki

Objawy toksoplazmozy u dzieci, po zarażeniu w zaawansowanej ciąży:

  • żółtaczka
  • powiększenie śledziony
  • powiększenie wątroby
  • zapalenie mózgu
  • zapalenie płuc

Obowiązkowe badania krwi w kierunku oznaczenia obecności pasożyta toksoplazmozy w trakcie ciąży, pozwalają ustalić czy nabyłyśmy odporność na tę chorobę, lub czy przechodzimy ją obecnie. Z niecierpliwością czekałam na wyniki, będąc święcie przekonana, że zarażenie mam już dawno ze sobą i z pewnością jestem na to paskudztwo uodporniona. Ku mojemu zdziwieniu przeciwciała IgG mam ujemne, co znaczy, że nigdy nie miałam kontaktu z pasożytem. A IgM ujemne oznacza, że w tym momencie również nie jestem zarażona. Badania za jakiś czas muszą zostać powtórzone, aby w razie infekcji natychmiast włączyć leczenie.


Myślę, że większym zagrożeniem dla maluszka jest stres na jaki narażona jest kobieta w ciąży, która przywiązana do swoich zwierząt, przez cały okres ciąży musi wysłuchiwać, że zagrażają one jej dziecku. Moje zwierzaki są niewychodzące, nie dostają surowego mięsa (już;)), a kuwetą od początku ciąży zajmuje się tylko i wyłącznie Łukasz, który pracuje w domu, więc sprząta na bieżąco. W ramach mojego bezpieczeństwa zrezygnowaliśmy też ze żwirku, który można spuszczać w toalecie, na rzecz tradycyjnych woreczków znoszonych do śmietnika na dół. Nie całuję kotów i nie śpią ze mną w łóżku, chociaż Zośka by chciała, bo od kiedy jestem w ciąży cały czas chce być blisko brzuszka. :) Nie są wpuszczane do kuchni, a wszystko co mogło zostać przez naszą nieuwagę przez nich polizane ląduje w śmietniku. 



Artykuły z których korzystałam podczas tworzenia wpisu i w których możecie doczytać więcej na ten temat:


11:32

Większe prawo mniejszych psów

Większe prawo mniejszych psów


          Kiedy prowadzi się na smyczy pogromcę małych piesków, radar na nieodpowiedzialnych właścicieli puszczających samopas swoje miniaturki zawsze ma się na automacie. Z daleka więc dostrzegłam małą białą kropkę sięgającą trochę ponad trawę. Daliśmy czas opiekunce, która znajdowała się kilka metrów od psa, na jego zabranie, jednak oprócz poklepania się po udzie nie ruszyła się z miejsca. Mały biały piesek widocznie wywąchał już wszystko co miał wywąchać, bo zaczął właśnie radośnie podążać w naszym kierunku. Kucnęłam więc między swoim psem, a tą puchatą kulką, żeby uniknąć tragedii. Wreszcie pani ruszyła! Krzycząc w stronę kulki: "Tylko się nie kładź! Tylko się nie kładź! Bo się pobrudzisz..."

          Co w zupełności odebrało mi ochotę na zwracanie uwagi i tłumaczenie, że gdyby ten pies podbiegł do naszego to wróciłby raczej bardzo ubrudzony. Jeżeliby wrócił. Czasem nie warto wdawać się w dyskusję. Widząc, że właścicielka chce zabrać swojego odwróciłam się już do Łukasza i Nuki. Małe białe podążyło jednak za mną. Czekającej dotąd ze stoickim spokojem Nuce puściły nerwy, kiedy ta półtorakilowa kulka zaczęła ujadać na nią z tak bliska. Z refleksem godnym superbohatera zlapałam ją za pysk. Ale co jak w końcu nie zdążę?

            Nie mam nic przeciwko małym pieskom, jak i nie mam nic do puszczania psów luzem, jeżeli tylko właściciel jest w stanie psa awaryjnie, w każdej sytuacji odwołać. My nie jesteśmy, dlatego Nuka chodzi na smyczy, a wolno biega jedynie na zamkniętym terenie. W imię zasady panującej na osiedlu "mój piesek może wszystko, bo jest mały" prawie wszystkie maltańczyki, yorki i inne mikruski mają pełną swobodę na spacerach. Gdyby jeszcze trzymały się z daleka, przymykałabym oko. Ale dlaczego to my, właściciele większych psów, mamy przystawać, obchodzić naokoło i szarpać się z własnymi psami, kiedy wystarczyłoby wziąć taką kulkę na smycz i wszyscy spacerowalibyśmy obok siebie bezpiecznie.


08:59

Pisadło.

Pisadło.


Wydaje Ci się czasem, że jeszcze dzień, jeszcze chwilę wytrzymasz, ale zaraz potem rozpadniesz się na milion małych kawałków? Masz sny czarniejsze od nocy? Realne koszmary z których nie możesz się wybudzić przez cały dzień? Z pewnością znasz to uczucie. Ukłucie pod lewym żebrem. Dławiący ścisk gardła. Mokre krople, nie mogące się wydostać spod powiek.

Jestem taka jak Ty. Mam twardy tyłek, ale to nie znaczy, że jestem przygotowana na wszystkie złe okoliczności tego świata. Moje wewnętrzne dziecko budzi mnie czasem i nie daje spać. Od środka kopie mnie po brzuchu. Łapiąc za krtań, pyta czy jeszcze je pamiętam. Wypomina mi wszystkie krzywdy na które się zgodziłam, wyrzekając się go. Wylicza każdą niesprawiedliwość, którą bałam się w porę zatrzymać. Wyciska łzy, niepozwalając się rozpłakać.

Jako dzieci sprzeciwiamy się wszystkiemu co nam się nie podoba. Umiejętność ta, wraz z przyjściem dorosłości, zamienia się w poczucie niesprawiedliwości. A świat, mój drogi, nie jest sprawiedliwy. Za grosz.

Ile razy zatrzymujesz się przed tym momentem? Ile razy robisz stop, zanim rozpadniesz się na milion małych kawałków? Jednak tej nocy będę spać spokojnie. Moje wewnętrzne dziecko wtula się we mnie, śniąc pastelowe sny. 

12:49

Dlaczego psy nie idą do nieba?

Dlaczego psy nie idą do nieba?



Powiedz 6 letniemu chłopcu, że jego piesek nie pójdzie do nieba. 
Powiedz 7 letniej dziewczynce, że nie ma tęczowego mostu.
Powiedz 10 letniemu chłopcu, że nie spotka się nigdy więcej ze swoim 10 letnim psem.

No dalej.


"Kasia, Pyza uciekła!!!" krzyknęła przerażona mama kiedy ledwo przekroczyłam próg domu. Chwilę później usłyszałam historię o tym jak mój ukochany chomiś za kuchenką układa sobie życie z panią myszą. Wyobrażałam sobie ich czarno białe puchate dzieci o mysim ogonie i wieczorami zaglądałam pod stół w nadziei, że kiedyś je spotkam. Nie wiem ile miałam lat, kiedy mama znalazła mojego chomika martwego. Szybko go schowała, postawiła drewniany domek na ostatnie pięterko i otworzyła drzwiczki klatki...


Kiedy mój pies wpadł pod samochód miałam jakieś 12 lat. Najpierw powiedzieli, że uciekł. Na lekcjach pisałam ogłoszenia, młodsza siostra obdzwaniała sąsiadów pytając czy nie widzieli naszego psa. Przez tydzień. A kiedy płacząc w kuchni rodzicom, powiedziałam, że Kuba ma swoje miejsce pod jabłonką, a Czester nigdy takiego miejsca mieć nie będzie, rozwaliłam ich na kawałki i w końcu przyznali, że właściwie to już ma... Wyobrażałam go sobie przekraczającego przez Tęczowy Most i bolało trochę mniej. Wtedy była to dziecięca wyobraźnia. Dziś to wiara. 

Według katolickiej doktryny zwierzęta nie mają duszy, a tym samym nie mogą trafić do nieba. Kiedy media udostępniły informację, że papież Franciszek na placu św. Piotra pocieszał płaczącego za swoim zmarłym pieskiem chłopca wypowiedział słowa, że niebo jest otwarte dla wszystkich stworzeń, Rzecznik Watykanu zareagował ekspresowo. Nagle okazało się, że zwierzęta do nieba nie pójdą, a to wszystko to wielkie nieporozumienie. Nie wiemy jak było na prawdę, ja wiem, że Papież Franciszek nie bez powodu przyjął takie imię. Oprócz miłości do zwierząt, ze św. Franciszkiem łączy go niesamowita skromność, która nie jest chwalona przez innych rządzących w Kościele Katolickim. Mam psa, wiem, że pójdzie do nieba i żaden papież nie musi mi tego potwierdzać, ale zastanawia mnie skąd w Kościele potrzeba przekonania ludzi, że zwierzęta wstępu do niego nie mają.

Św. Franciszek przedstawiany jest jako wyjątek w zwracaniu uwagi na zwierzęta. Przygotowując dla Was ten tekst trafiłam jednak na kilka informacji o innych świętych, którym los tych najmniejszych nie był obojętny. Założycielem pierwszego schroniska dla bezdomnych zwierząt był św. Marcin de Porres. Kiedy dostał on nakaz od przeora, aby rozsypać w klasztorze trutkę, miał powiedzieć: „Kochane szczury, napsociłyście w naszym klasztorze i przeor kazał wam podrzucić trutki. Dlatego naprawdę idźcie stąd, poszukajcie sobie takiego miejsca, gdzie nie będziecie nikomu przeszkadzały” Podobno przemówił im tym do rozumi i same odeszły. Św. Roch uznany jest za patrona zwierząt domowych. Przyjaciółmi zwierząt byli również św. Filip Nereusz czy św. Róża z Limy. Ta ostatnia, żyła w przyjaźni z komarami, które jej nie atakowały. Być może są to tylko pobożne legendy, ale tak jak przypowieści niosą ze sobą pewne przesłanie. Świadczą o tym, że zwierzęta należy traktować z szacunkiem i żyć z nimi w zgodzie. Dlaczego Kościół nie przytacza tych historii na niedzielnych kazaniach?

Rządzący kościołem w latach 1846-1878 Pius IX, twierdził, że zwierzęta nie mają świadomości, a nawet zablokował dokumenty, które miały chronić je przed okrucieństwem ludzi! W 1990 roku nasz polski papież Karol Wojtyła przyznał, że zwierzęta mają duszę, by w 2008 roku jego następca Benedykt XVI miał temu zaprzeczyć. Dlaczego Kościół nie potrafi wypowiedzieć się na ten temat jednoznacznie? Czy to czy św. Piotr przepuści przez bramę Burka zależy od aktualnie panującego papieża?

Pomijając tą sporną kwestię, zastanawia mnie dlaczego Kościół milczy na temat znęcania się nad zwierzętami? Dlaczego, mając tak wielką siłę przebicia w polskich wsiach, nie nawołuje do właściwego ich traktowania? Nie wymagam aby ksiądz z ambony głosił, że powinniśmy kochać całe stworzenie, bo i my i ono zostało stworzone na podobieństwo Pana Boga, chociaż powinniśmy. Chciałabym kiedyś będąc w kościele usłyszeć chociaż jedną przypowieść o św. Franciszku i słowa, którymi Kościół stanąłby w obronie tych najmniejszych. Chociaż jeden raz.


"Dokąd idą psy, gdy odchodzą? No bo jeśli nie idą do nieba,
To przepraszam Cię Panie Boże, mnie tam także iść nie potrzeba."
Barbara Bożymowska - Moje psie niebo



08:50

Poświęć się dla spełnienia marzeń

Poświęć się dla spełnienia marzeń

Uczymy się przez całe życie. Każda praca, nawet ta Twoim zdaniem nic nie znacząca, niesie ze sobą ogromne wartości. To co dziś nazywasz poświęceniem, jest Twoim wkładem w przyszłość o jakiej marzysz.


Pierwsze w życiu pieniądze, zarobiłam zrywając maliny w sadzie ojca koleżanki. Zarobki były prawie żadne, ale dzień w dzień wstawałam o 6, bo było miło. Rozmawiałyśmy, śpiewałyśmy i robiłyśmy kanapki w przerwie. Oprócz pięknej opalenizny, która utrzymywała się przez kilka miesięcy, wyniosłam z tego doświadczenia świadomość, że tak pracować nie chcę.

Nigdy jakoś szczególnie za nimi nie przepadałam, do tej pory nie wiem co kierowało mną, gdy szukając pracy założyłam konto na portalu dla niań. Po jakimś czasie okazało się, że w mojej miejscowości pewna rodzina, opiekunki potrzebuje dorywczo. Dwa dni w tygodniu odpowiadało mi idealnie. Trójka dzieci. Trójka chłopców. Pierwszą rozmowę pamiętam do dziś. Kiedy zaraz po niej pod domem wysiadłam z samochodu Mama pomyślała, że wydarzyło się jakieś nieszczęście. Taką miałam minę. "Nie dam rady. Trójka dzieci i ogromne oczko wodne. Przecież one mi się potopią." Gdy zadzwoniłam do mamy dzieciaków bardzo jej zależało abym to właśnie ja jej pomogła. Później dowiedziałam się, że zaimponowałam jej odpowiedzialnością, gdy odmówiłam podjęcia się tej pracy, z obawy, że coś się stanie dzieciom.

Wytrzymałam prawie dwa lata, podobno i tak najdłużej! To nie była lekka praca. Miałam zajmować się tylko najmłodszym dzieckiem, a pod moją opieką na kilka godzin zostawało też jego rodzeństwo. Ich mama często była w domu i pomagała mi ich ogarnąć, ale nie mogliśmy jej przeszkadzać kiedy pracowała w biurze. Spróbujcie wytłumaczyć dwulatkowi, że nie może pójść do mamy, kiedy doskonale wie, że mama w domu jest. Dwoiłam się i troiłam, wymyślałam przeróżne historie, zamieniałam się w smoka, przebierałam za rycerza, udawałam odgłosy resoraków, prowadząc je po podłodze i przemierzając hol na czworakach.

Co z tego wyniosłam? Cierpliwość, bo trzeba ją zachować kiedy obce dziecko pluje Ci w twarz zupką, a nie możesz liczyć na zwrócenie uwagi przez rodziców, bo ich dzieci są najdoskonalsze, to Ty nie masz doświadczenia. Z pewnością rozwinęła się moja kreatywność - w wymyślaniu historii o samochodzikach jestem mistrzem! Ale przede wszystkim wspomnieniem wróciłam do własnego dzieciństwa, doceniając to, że zostałyśmy z siostrą wychowane przez rodziców. Nie miałyśmy niani, sporadycznie zostawałyśmy pod obieką babć. Rodzice zawsze mieli dla nas czas i to właśnie my, a nie kariera były w ich życiu najważniejsze. Zmęczona opieką nad cudzymi dziećmi, powiedziałam, że już nigdy więcej się żadnym nie zaopiekuję. Co więcej, własnego nie chcę, bo po co mi dziecko, skoro w dzisiejszych czasach nie będę miała dla niego czasu i będę je podrzucać niańkom?

Po wyprowadzce do Lublina odezwała się do mnie dziewczyna mieszkająca na tym samym osiedlu. Potrzebowała dorywczej pomocy przy swoim synku. Chłopczyk miał dwa latka i był przeuroczy. Rodzice od razu uprzedzili mnie, że to małe chodzące adhd, mające swoje humorki. Uwielbiałam się z nim bawić i zabierałam go na spacery. Ta relacja osłodziła mi spojrzenie na dzieci i sprawiła, że zrozumiałam, że nie popełniłam błędu poprzednim razem. Uważałam, że to ja nie potrafiłam złapać kontaktu z dziećmi, którymi się zajmowałam. Była to jednak kwestia wychowania i zwyczajów panujących w domu. Zrozumiałam, że jeżeli ogarnęłam trójkę dzieci wchodzących na drzewa i próbujące pływać w oczku, to wychowanie jednego własnego, byłoby pestką!

Po kilku miesiącach dostałam telefon z firmy dla której obecnie pracuję. Praca w klinice codziennie uczy mnie cierpliwości, zwiększa moją kreatywność i wytrzymałość. Przechodziłam już chwile załamania i momenty, gdy myślałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Przeczytacie o tym między innymi tutaj: Biedni bogacze, bogaci biedni i w bardzo osobistym wpisie Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz. Ciągle uczy mnie nowych rzeczy i wystawia na próby. Co mi pomaga? Postanowienie, że bez względu na wszystko się nie poddam.

Nie ważne na jakim stanowisku pracujesz, ważne jakie masz podejście do swojej pracy. Jeśli zaangażujesz się całym sobą w to co robisz, bez względu na słabe wynagrodzenie, czy ciągłe uwagi przełożonych, zaczniesz czerpać z tego satysfakcję. A to zaprowadzić Cię może prosto do sukcesu. Kiedy przestałam się denerwować na rzeczy na które nie mam wpływu, zaczęłam myśleć o tym co jestem w stanie zmienić. Zaczęłam także czerpać korzyści z własnych doświadczeń. Zrozumiałam, że każde zajęcie jakiego się podjęłam niosło ze sobą naukę. Może nie widać tego od razu, ale po kilku latach dostrzegasz, która praca sprawiła, że stałeś się bardziej otwarty, a która pomogła Ci zwiększyć kreatywność. Nigdy nie będziesz miał wpływu na wszystko, masz za to ogromny wpływ na siebie i właśnie od tego należy zacząć. Na myśl o ciągłych wymaganiach, rósł we mnie bunt. Razem ze wzrostem obowiązków powininny wzrastać cyferki na koncie. Nie w Polsce, kochani. Tutaj postawić trzeba przede wszystkim na siebie, co też czynię. Ale o tym w kolejnych wpisach.


"Jeśli możesz kłaść się spać każdej nocy ze świadomością, że w ciągu dnia dałeś z siebie wszystko - SUKCES CIĘ ZNAJDZIE." 
Russel L. Mason



05:49

Giraffe cam vs Giraffe mom

Giraffe cam vs Giraffe mom

Kiedy ona urodzi? To pytanie od trzech tygodni zadaje sobie kilkaset tysięcy osób śledzących transmisję na żywo, prowadzoną prosto z boksu April. 15 letnia żyrafa mieszkająca w Animal Adventure Park w Nowym Jorku, budzi ogromne zainteresowanie wśród widzów. Emitowany film bije rekordy wyświetleń, nikt nie chce przegapić momentu rozwiązania. Widzowie aktywnie komentują poczynania April, nie mogąc się doczekć jej potomstwa. A jak mówią wpisy z dzisiejszego Twittera, niektórzy poddają w wątpliwość, czy żyrafa w ciąży rzeczywiście jest. Aktualnie żyrafę podgląda ponad 50 000 osób. Możecie przyłączyć się tutaj: GIRAFFE CAM

Jedna z czekających na małe żyrafiątko, Erin Dietrich, sama będąca w ciąży wpadła na pomysł założenia maski żyrafy i poprowadzenia livestreema na facebooku. Ciężarna kobieta ma znaczącą przewagę nad April pod względem wyświetleń. Jej transmisja prowadzona na żywo dobiła do 30 milionów oglądających! Możecie go zobaczyć tutaj: GIRAFFE MOM. Odbiór transmisji był niesamowity. W tej chwili post lubi ponad 300 tys. osób, a udostępniło go 457 tysięcy.

© Erin Dietrich / Facebook.com

Zadajemy sobie pytanie dlaczego. Dlaczego taki odbiór? Dlaczego kobieta narusza swoją prywatność? Dlaczego nie myśli, o tym że być może za 10 lat jej dziecko będzie słyszało, że mama urodziła go mając na głowie maskę żyrafy. Media nagłówkami narzucają nam co mamy o tym myśleć. Ludzie rozważają czy to sprzeciw wobec gloryfikacji zwierząt. A ja pytam dlaczego mamy się nad tym zastanawiać i oceniać decyzje tej kobiety.

Sama Erin w rozmowie z BBC opowiada o swoim zainteresowaniu April. Kiedy znajomi zaczęli drwić z jej obsesji, dotyczącej ciągłego podglądania żyrafy, postanowiła zamówić maskę. Ot, cała historia.

Jeśli już musimy doszukiwać się głębszego senscu to spójrzmy na to z tej strony, że komentarze pod postem były POZYTYWNE. Wielu ludzi pisało, że Erin rozbawiła ich do łez. Internet zalewa nas falą negatywnych informacji - wypadki, wybuchy, wojny, wieloryby...

A my dzielmy się tym co sprawia radość!


Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger