17:27

Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz



Trafiłam niedawno na cytat, który mówił o tym, że jeżeli Twoja praca stała się dla Ciebie nudna i zaczyna Cię drażnić to nie jest powód do odejścia, trzeba zostać i coś na to poradzić. Teraz oczywiście, mimo starań, nie potrafię go dla Was odszukać. To jest jak z próbą znalezienia kluczyków - trafisz na nie dopiero jak nie będziesz ich potrzebować, ale na pewno nie w momencie gdy ich szukasz.

Kiedy zadzwoniła do mnie pani dyrektor mojej obecnej firmy aby zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną pomyślałam, że właśnie złapałam Pana Boga za nogi. Moja pierwsza poważna praca. Od razu po studiach. Od razu na etat. Przy zwierzętach. EKSTRA! Trafiło się jak ślepej kurze ziarno, przecież nie pofatygowałam się nawet aby zawieźć CV, poprosiłam Tatę aby je dostarczył. Przez pierwszy miesiąc wstawałam pełna energii, biegłam  na autobus. Dzień w pracy mijał mi ekspresowo i już nie mogłam się doczekać kolejnej zmiany. Nawet przed okresem zatrudnienia przychodziłam do dziewczyn w odwiedziny, podpytywać co i jak, chcąc od razu nauczyć się nowych rzeczy. A w pewnym momencie pomyślałam, że stoję w miejscu. Uważałam, że rejestrując pacjentów nie będę miała możliwości rozwoju. Przychodzę na swoją zmianę, biegam przez 8 godzin starając się zadowolić wszystkich, zrobić tak aby każdy czekał jak najkrócej, a w międzyczasie odhaczyć wszystkie punkty checklisty. Wychodziłam zmęczona, zasypiając w autobusie, a w domu walczyłam z migreną. Potem wstawałam po nieprzespanej nocy o 5:00 i szłam na autobus. Uśmiechałam się przez cały dzień, aż wypaliłam się do cna. Wzięłam urlop, żeby odpocząć. Poczytać książki. Wyspać się. Zresetować. Mieć czas dla rodziny. Nici z planów. Przeszłam załamanie. Nie chciało mi się wstawać z łóżka. Płakałam i śmiałam się na zmianę. Normalni ludzie tak nie robią. Nie da się przechodzić tak szybko z najbardziej skrajnej emocji w drugą najbardziej skrajną. Łukasz nie wiedział czy wysłać mnie do psychologa czy od razu do psychiatry. Pisał maile do poradni. Nie chciałam nigdzie iść. Nie wstydzę się tego. Każdy człowiek ma chwile słabości.

Dla znajomych z którymi się spotykałam może sprawiałam wrażenie otwartej, przebojowej i przede wszystkim szczęśliwej dziewczyny. Ale nikt nie jest taki jaki jest przed innymi ludźmi i każdy ma w sobie jakieś zło. Moim była samotność. Nie potrafiłam czerpać radości z otaczania się ludźmi. Ba! Ja nie potrafiłam otaczać się ludźmi. Podobno prawdziwe przyjaźnie zaczyna się w dzieciństwie. Nie mam przyjaciela z dzieciństwa. Nie utrzymuję nawet kontaktów z nikim z kim siedziałam w ławce w podstawówce, w gimnazjum, czy nawet liceum. Mam jedną kochaną osóbkę, która moim przyjacielem jest, ale tylko dlatego, że akceptuje mnie taką jaka jestem i jaka byłam. A ja nie dbałam o innych. Nie oddzwaniałam. Nie odpisywałam. Odwoływałam spotkania. Ludzie po pewnym czasie przestawali być interesujący. Nudziłam się. Wolałam swoją samotnię. Książki. Filmy. Internet. Poza tym pewnie sprawiałam wrażenie odważnej, ale w gruncie rzeczy nie chciałam nawet zamawiać pizzy przez telefon. A kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy, przenigdy nie będę pracowała z ludźmi.

Ale do nowej pracy weszłam z pełną otwartością. Natrafiłam trochę na mur i zupełnie niepotrzebnie się tym przejęłam, biorąc wszystko do siebie. Od zawsze wierzyłam za bardzo w dobry świat. W to, że wystarczy, że będę czegoś bardzo chcieć i to się zmieni. W to, że jeśli ja będę dobra dla ludzi to ludzie będą dobrzy dla mnie. No bo jak to? Jak można się nie odśmiechnąć do kogoś kto się do Ciebie uśmiecha mijając na korytarzu? Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam, że może powinnam trochę chociaż poudawać, żę wcale mi  nie jest do uśmiechu. I wtedy ktoś mi powiedział, że lubi ze mną pracować, bo mi się tak zawsze śmieje buzia. Do dzisiaj to pamiętam, a wtedy bardzo mi to pomogło i dało mi wiarę, że jednak warto uśmiechać się do ludzi. :)

Były momenty, kiedy byłam gotowa drukować wypowiedzenie, przejęta tym, czy urlop wystarczy mi na okres wypowiedzenia. Albo Łukasz brał telefon i mówił, że jeżeli sama się nie zwolnię to on zadzwoni do firmy, bo stawałam się nieznośna. I wiecie co? Gdybym wtedy odeszła nic by się nie zmieniło. A przede wszystkim ja bym się nie zmieniła. Miałabym tylko fałszywą satysfakcję, że miałam odwagę zrezygnować z pracy na etat.

Od zawsze potrzebowałam diametralnych zmian. Wyrywałam kartki z zeszytu gdy napisałam krzywo jedną literkę, nawet jeżeli był to już koniec strony i przepisywałam od nowa. A kiedy w życiu zaczynały się problemy uciekałam. Być może w pracy też szansą dla mnie było otworzenie nowego gabinetu. Bo to mnie trzymało. Czekałam na otwarcie. Potrzebowałam czegoś nowego. A teraz zrozumiałam, że to czego potrzebowałam na prawdę to ZMIANY PODEJŚCIA.

Sama bym na to nie wpadła. I sama bym się zwolniła już dawno. Mama powtarzała mi, że jak odejdę to nic się nie zmieni, a kiedy dzwoniłam do niej przed pracą płacząc, że ja nie chcę dzisiaj iść i że mam nadzieję po drodze złamać nogę powtarzała "Idź, zwierzątka Cię potrzebują!". Tata wysłuchiwał moich żali odwożąc mnie po drugiej zmianie do domu i pytał co dziś było nie tak, dając szansę opowiedzieć co właśnie było "tak", bo ja jakoś od dziecka tak miałam, że zawsze musiałam mieć zdanie na odwrót niż uważali wszyscy inni. :) Młoda dopytywała na fejsie co było w pracy i jak się trzymam. A Łukasz czekał na mnie z obiadem na kolację i pewnie szlag go już trafiał, ale starał się jak mógł podtrzymywać mnie na duchu i wmówić mi, że nie jest tak źle jak mi się wydaje, że jest. A szef był cierpliwy, dał mi szansę mówienia na głos co mi nie pasuje i czego się obawiam i czas na podjęcie decyzji. Chyba nawet on wierzył w to, że w końcu zrozumiem.

Jestem wdzięczna Bogu za tych ludzi i za to, że zaprowadził mnie dotąd gdzie się znajduję, właśnie taką drogą jaką mnie tu prowadził. Że przeszłam to załamanie, że nie chciało mi się żyć, że później zabrał ode mnie to wszystko i pozwolił pokochać siebie, innych i moją pracę. Właśnie tak. Pracę trzeba kochać. To nie może być tylko wpatrywanie się we wskazówki zegara i odliczanie czasu kiedy do domu. To musi być dostrzeganie dobrych stron. Chęć rozwoju. Bo jak mogłam myśleć, że siedząc na recepcji się nie rozwijam? Ciągle poznaję nowe przypadki. Codziennie przeprowadzam kilka dłuższych rozmów. Uspokajam obiecując, że zajrzę do pieska, gdy zostaje u nas i dzwonię żeby powiedzieć co robi. Daję się wygadać, gdy nie ma szans na wyleczenie. Podaję chusteczki, gdy jest już za późno. Cieszę się z nowego małego pupila razem z właścicielami. Jestem szczęśliwa razem z opiekunami, gdy zwierzątko zdrowieje. Mówię, że też mam rudego kota, albo, że moja suczka też nazywa się Nuka i że myślałam, że tylko ja mogłam wymyślić takie imię. Przestałam marudzić "to powinno być tak", podsuwam za to pomysły jak może być.

Wcześniej natrafiłam na kilka małych przeszkód i chciałam wszystko rzucać. Uważałam, że wszyscy powinni być dla mnie mili bo ja jestem, a jak nie są mili to niech spadają i ja ich nie chcę. A przecież to my budujemy miejsca. To my decydujemy o tym jak będą wyglądać. To ode mnie zależy czy przekraczam próg firmy wpatrzona w podłogę i zła na wszystko od samego rana, czy wchodzę pełna energii na nowy dzień. A przede wszystkim to ja decyduję o tym czy i jaki uśmiech daję ludziom i  jak reaguję na to, gdy ktoś go nie chce. Nie mamy wpływu na to co mówią i robią ludzie, ale na to jak to odbierzemy już tak. Nigdy więcej nie pozwolę nikomu zgasić tego uśmiechu.

To odważny post. Ale jeżeli chociaż jedna osoba go przeczyta i dzięki temu też spróbuje zmienić swoje podejście, przez co jej życie stanie się lepsze, to będę szczęśliwa. Z pewnością jeszcze nie raz nadejdą gorsze dni, ale wtedy będziemy pamiętać, że nie trzeba nic rzucać tylko zastanowić się jak zmienić to na lepsze.

Teraz częściej będę na Botaniku.
Zapraszam z pupilami.
Wstąp na kawę.
Pogadajmy! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger