Nie zapomnij przygotować go do Sylwestra

Nie zapomnij przygotować go do Sylwestra




          Sylwestrowa noc dla nas jest okresem do świętowania. Przygotowaniom do wieczornego wyjścia poświęcamy całe popołudnie. Zastanawiamy się nad postanowieniami na nadchodzący rok i wspominamy to co wydarzyło się w tym, który właśnie dobiega kresu. Kiedy wybija północ otwieramy szampana i stukamy się kieliszkami a niebo rozświetlają kolorowe fajerwerki. Śmiejemy się, składając sobie życzenia.

Co w tym momencie robi nasz pies?

            Psi słuch jest dużo bardziej wrażliwy niż ludzki. Potrafią one usłyszeć dźwięk z czterokrotnie dłuższej odległości. Huk petardy, który dla nas jest do zniesienia, sprawiać im może nawet fizyczny ból. Sylwester jest więc dla nich najtrudniejszym dniem w roku. Odgłosy wystrzałów, świsty petard i błyski rozchodzące się ze wszystkich stron stanowią dla zwierząt olbrzymie źródło stresu. Niejednokrotnie w tym czasie dochodzi do ucieczek czy wypadków. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć reakcji psa na nagle wystrzeloną nieopodal nas petardę. Nawet jeżeli należy on do najodważniejszych. Wyjątkiem są tylko psy pracujące wśrod policjantów lub myśliwych, czyli osób używających broni. Są one odpowiednio przygotowane do tego typu sytuacji.

Jak mogę pomóc psu lepiej znieść Sylwestrową noc?

             Przygotowania naszego psa do Sylwestra zacząć się muszą na długo przed nim. Zostało nam 11 dni, a więc mamy już mało czasu. Najlepiej kiedy pies był socjalizowany już od szczeniaka ze środowiskiem zewnętrznym i przygotowywany do różnych sytuacji. Pamiętać jednak należy, że nawet najbardziej wyszkolony pies, w momencie gdy usłyszy huk rzuconej blisko petardy, będzie mógł chcieć uciec, niereagując na nasze komendy.

              To od czego możecie zacząć to pomóc psu skojarzyć hałas z czymś pozytywnym, puszczając odgłosy fajerwerków z youtuba, nagradzając go przy tym smaczkami i zabawą. Pamiętajmy, że dźwięk musi być stopniowo podgłaszany, nie może wywołać u zwierzęcia stresu. Bez względu na to czy zostajemy tej nocy w domu, czy wychodzimy, musimy przygotować bezpieczny kąt dla psa. Pod żadnym pozorem nie przenośmy jego posłania z miejsca w którym jest zazwyczaj. Ostatni spacer powinien odbyć się najwcześniej jak jest to tylko możliwe. Zabierzmy psa na dłużej w mało uczęszczane, spokojne miejsce. Koniecznie na smyczy. Możemy założyć mu dodatkową obrożę z adresówką. Jeśli nie jest jeszcze zaczipowany, warto zrobić to teraz. Dzięki temu w razie ucieczki będzie większe prawdopodobieństwo, że ktoś pomoże mu wrócić do domu. Jeżeli wychodzimy zabezpieczmy drzwi i okna, tak aby uniemożliwić mu ucieczkę. Zostawmy włączony telewizor lub radio, które chociaż w minimalnym stopniu zagłuszą huk petard. Dobrym pomysłem jest też zostawienie na psim posłaniu naszej bluzy, aby czuł się bezpieczniej czując nasz zapach. A także położenie dodatkowego koca w który w razie czego będzie mógł się zakopać.

Zwróćcie się o pomoc do lekarza

              Ogromny stres związany z wystrzałami petard prowadzić może do poważnych traum. Nawet jeśli zwierzę wcześniej się nie bało i nie zareaguje bardzo lękliwie na stresującą sytuację, może mieć ona konsekwencje w przyszłości. Podając odpowiednie leki można ich uniknąć. Należy jednak pamiętać, że leki te powinny być podane zanim zwierzę po takiej sytuacji zaśnie. Warto już teraz skontaktować się z lekarzem, może nasz pies będzie potrzebował podania leków. Na Sedalin mówimy stanowcze NIE. Sedalin przez swoją substancję czynną powoduje apatię, co może być mylnie kojarzone z uspokojeniem. Lek ten powoduje również paraliż mięśni, dlatego stosowany jest na przykład przy wyłapywaniu dzikich psów. Nie wpływa on jednak na wyciszenie umysłu, więc zwierzę boi się nadal, tylko nie może uciec. Miejcie więc tego świadomość, aby odmówić, gdyby wet z niewiadomych przyczyn, zaproponował właśnie to. Podanie jakichkolwiek leków, także tych na bazie ziół, powinno być skonsultowane z lekarzem weterynarii. Znajdźmy też w pobliżu lecznicę czynną całodobowo, aby w razie nagłego wypadku móc od razu zawieźć tam psa.

W tym dniu pamiętajcie również o kotach

            Stwórzcie kotu bezpieczny kącik w którym, w razie kiedy zacznie odczuwać strach będzie mógł się ukryć. Poświęćcie czas wieczorem zmuszając go do aktywności. Jest szansa, że wybiegany i zmęczony prześpi całą noc nie zwracając uwagi na to co dzieje się na zewnątrz. Pomoże również zasłonięcie okien. Upewnijcie się też, czy wszystkie zostały zabezpieczone tak, że nie będzie mógł uciec. Pod żadnym pozorem w tym okresie nie wypuszczajcie go na zewnątrz. Jeżeli wyjeżdżacie lepszym wyjściem będzie znalezienie zaufanego opiekuna, niż przewożenie kota w inne miejsce, ponieważ to wiązać się będzie z kolejnym stresem. Jeśli natomiast impreza sylwestrowa odbywać się będzie u nas to jak najbardziej należy kota na ten czas umieścić gdzie indziej. Najlepiej wywieźć go do domu, który już zna, lub chociaż do ludzi, którzy Was odwiedzali. Tak jak w przypadku psów, nie podawajcie kotom żadnych środków na uspokojenie, jeżeli nie będzie to skonsultowane z lekarzem. 

Emocje na bok

             Zwierzęta bardzo dobrze wyczuwają nasze emocje i udziela im się nasz nastrój. Tak więc zaniepokojenie, martwienie się i złość na ludzi odpalających petardy wywołają w nich dodatkowe zdenerwowanie. Zachowujmy się tak jak każdego innego dnia, nie pocieszajmy ich, nie bierzmy na ręce, pogorszy to tylko sprawę. Mówmy do nich, zachęcajmy do zabawy, tak jakby nic się nie działo. :)


Pamiętajcie, aby zadbać o Wasze zwierzęta już kilka dni przed i kilka dni po Sylwestrze, niestety petardy nie są puszczane wyłącznie o północy. W okresie okołosylwestrowym najlepiej w ogóle nie spuszczać psów ze smyczy i nie wypuszczać kotów z domu.


Dziękuję pani doktor Ani Kot za przeczytanie postu przed publikacją. Pani Doktor zwróciła uwagę na to aby wyraźnie zaznaczyć, że do lekarza ze zwierzaczkiem musimy się zgłosić już teraz. Z tego powodu iż leki, które będą mogły mu pomóc muszą być podane odpowiednio wcześnie.

Nie zostawiajmy tego na ostatnią chwilę! 
Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz

Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz



Trafiłam niedawno na cytat, który mówił o tym, że jeżeli Twoja praca stała się dla Ciebie nudna i zaczyna Cię drażnić to nie jest powód do odejścia, trzeba zostać i coś na to poradzić. Teraz oczywiście, mimo starań, nie potrafię go dla Was odszukać. To jest jak z próbą znalezienia kluczyków - trafisz na nie dopiero jak nie będziesz ich potrzebować, ale na pewno nie w momencie gdy ich szukasz.

Kiedy zadzwoniła do mnie pani dyrektor mojej obecnej firmy aby zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną pomyślałam, że właśnie złapałam Pana Boga za nogi. Moja pierwsza poważna praca. Od razu po studiach. Od razu na etat. Przy zwierzętach. EKSTRA! Trafiło się jak ślepej kurze ziarno, przecież nie pofatygowałam się nawet aby zawieźć CV, poprosiłam Tatę aby je dostarczył. Przez pierwszy miesiąc wstawałam pełna energii, biegłam  na autobus. Dzień w pracy mijał mi ekspresowo i już nie mogłam się doczekać kolejnej zmiany. Nawet przed okresem zatrudnienia przychodziłam do dziewczyn w odwiedziny, podpytywać co i jak, chcąc od razu nauczyć się nowych rzeczy. A w pewnym momencie pomyślałam, że stoję w miejscu. Uważałam, że rejestrując pacjentów nie będę miała możliwości rozwoju. Przychodzę na swoją zmianę, biegam przez 8 godzin starając się zadowolić wszystkich, zrobić tak aby każdy czekał jak najkrócej, a w międzyczasie odhaczyć wszystkie punkty checklisty. Wychodziłam zmęczona, zasypiając w autobusie, a w domu walczyłam z migreną. Potem wstawałam po nieprzespanej nocy o 5:00 i szłam na autobus. Uśmiechałam się przez cały dzień, aż wypaliłam się do cna. Wzięłam urlop, żeby odpocząć. Poczytać książki. Wyspać się. Zresetować. Mieć czas dla rodziny. Nici z planów. Przeszłam załamanie. Nie chciało mi się wstawać z łóżka. Płakałam i śmiałam się na zmianę. Normalni ludzie tak nie robią. Nie da się przechodzić tak szybko z najbardziej skrajnej emocji w drugą najbardziej skrajną. Łukasz nie wiedział czy wysłać mnie do psychologa czy od razu do psychiatry. Pisał maile do poradni. Nie chciałam nigdzie iść. Nie wstydzę się tego. Każdy człowiek ma chwile słabości.

Dla znajomych z którymi się spotykałam może sprawiałam wrażenie otwartej, przebojowej i przede wszystkim szczęśliwej dziewczyny. Ale nikt nie jest taki jaki jest przed innymi ludźmi i każdy ma w sobie jakieś zło. Moim była samotność. Nie potrafiłam czerpać radości z otaczania się ludźmi. Ba! Ja nie potrafiłam otaczać się ludźmi. Podobno prawdziwe przyjaźnie zaczyna się w dzieciństwie. Nie mam przyjaciela z dzieciństwa. Nie utrzymuję nawet kontaktów z nikim z kim siedziałam w ławce w podstawówce, w gimnazjum, czy nawet liceum. Mam jedną kochaną osóbkę, która moim przyjacielem jest, ale tylko dlatego, że akceptuje mnie taką jaka jestem i jaka byłam. A ja nie dbałam o innych. Nie oddzwaniałam. Nie odpisywałam. Odwoływałam spotkania. Ludzie po pewnym czasie przestawali być interesujący. Nudziłam się. Wolałam swoją samotnię. Książki. Filmy. Internet. Poza tym pewnie sprawiałam wrażenie odważnej, ale w gruncie rzeczy nie chciałam nawet zamawiać pizzy przez telefon. A kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy, przenigdy nie będę pracowała z ludźmi.

Ale do nowej pracy weszłam z pełną otwartością. Natrafiłam trochę na mur i zupełnie niepotrzebnie się tym przejęłam, biorąc wszystko do siebie. Od zawsze wierzyłam za bardzo w dobry świat. W to, że wystarczy, że będę czegoś bardzo chcieć i to się zmieni. W to, że jeśli ja będę dobra dla ludzi to ludzie będą dobrzy dla mnie. No bo jak to? Jak można się nie odśmiechnąć do kogoś kto się do Ciebie uśmiecha mijając na korytarzu? Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam, że może powinnam trochę chociaż poudawać, żę wcale mi  nie jest do uśmiechu. I wtedy ktoś mi powiedział, że lubi ze mną pracować, bo mi się tak zawsze śmieje buzia. Do dzisiaj to pamiętam, a wtedy bardzo mi to pomogło i dało mi wiarę, że jednak warto uśmiechać się do ludzi. :)

Były momenty, kiedy byłam gotowa drukować wypowiedzenie, przejęta tym, czy urlop wystarczy mi na okres wypowiedzenia. Albo Łukasz brał telefon i mówił, że jeżeli sama się nie zwolnię to on zadzwoni do firmy, bo stawałam się nieznośna. I wiecie co? Gdybym wtedy odeszła nic by się nie zmieniło. A przede wszystkim ja bym się nie zmieniła. Miałabym tylko fałszywą satysfakcję, że miałam odwagę zrezygnować z pracy na etat.

Od zawsze potrzebowałam diametralnych zmian. Wyrywałam kartki z zeszytu gdy napisałam krzywo jedną literkę, nawet jeżeli był to już koniec strony i przepisywałam od nowa. A kiedy w życiu zaczynały się problemy uciekałam. Być może w pracy też szansą dla mnie było otworzenie nowego gabinetu. Bo to mnie trzymało. Czekałam na otwarcie. Potrzebowałam czegoś nowego. A teraz zrozumiałam, że to czego potrzebowałam na prawdę to ZMIANY PODEJŚCIA.

Sama bym na to nie wpadła. I sama bym się zwolniła już dawno. Mama powtarzała mi, że jak odejdę to nic się nie zmieni, a kiedy dzwoniłam do niej przed pracą płacząc, że ja nie chcę dzisiaj iść i że mam nadzieję po drodze złamać nogę powtarzała "Idź, zwierzątka Cię potrzebują!". Tata wysłuchiwał moich żali odwożąc mnie po drugiej zmianie do domu i pytał co dziś było nie tak, dając szansę opowiedzieć co właśnie było "tak", bo ja jakoś od dziecka tak miałam, że zawsze musiałam mieć zdanie na odwrót niż uważali wszyscy inni. :) Młoda dopytywała na fejsie co było w pracy i jak się trzymam. A Łukasz czekał na mnie z obiadem na kolację i pewnie szlag go już trafiał, ale starał się jak mógł podtrzymywać mnie na duchu i wmówić mi, że nie jest tak źle jak mi się wydaje, że jest. A szef był cierpliwy, dał mi szansę mówienia na głos co mi nie pasuje i czego się obawiam i czas na podjęcie decyzji. Chyba nawet on wierzył w to, że w końcu zrozumiem.

Jestem wdzięczna Bogu za tych ludzi i za to, że zaprowadził mnie dotąd gdzie się znajduję, właśnie taką drogą jaką mnie tu prowadził. Że przeszłam to załamanie, że nie chciało mi się żyć, że później zabrał ode mnie to wszystko i pozwolił pokochać siebie, innych i moją pracę. Właśnie tak. Pracę trzeba kochać. To nie może być tylko wpatrywanie się we wskazówki zegara i odliczanie czasu kiedy do domu. To musi być dostrzeganie dobrych stron. Chęć rozwoju. Bo jak mogłam myśleć, że siedząc na recepcji się nie rozwijam? Ciągle poznaję nowe przypadki. Codziennie przeprowadzam kilka dłuższych rozmów. Uspokajam obiecując, że zajrzę do pieska, gdy zostaje u nas i dzwonię żeby powiedzieć co robi. Daję się wygadać, gdy nie ma szans na wyleczenie. Podaję chusteczki, gdy jest już za późno. Cieszę się z nowego małego pupila razem z właścicielami. Jestem szczęśliwa razem z opiekunami, gdy zwierzątko zdrowieje. Mówię, że też mam rudego kota, albo, że moja suczka też nazywa się Nuka i że myślałam, że tylko ja mogłam wymyślić takie imię. Przestałam marudzić "to powinno być tak", podsuwam za to pomysły jak może być.

Wcześniej natrafiłam na kilka małych przeszkód i chciałam wszystko rzucać. Uważałam, że wszyscy powinni być dla mnie mili bo ja jestem, a jak nie są mili to niech spadają i ja ich nie chcę. A przecież to my budujemy miejsca. To my decydujemy o tym jak będą wyglądać. To ode mnie zależy czy przekraczam próg firmy wpatrzona w podłogę i zła na wszystko od samego rana, czy wchodzę pełna energii na nowy dzień. A przede wszystkim to ja decyduję o tym czy i jaki uśmiech daję ludziom i  jak reaguję na to, gdy ktoś go nie chce. Nie mamy wpływu na to co mówią i robią ludzie, ale na to jak to odbierzemy już tak. Nigdy więcej nie pozwolę nikomu zgasić tego uśmiechu.

To odważny post. Ale jeżeli chociaż jedna osoba go przeczyta i dzięki temu też spróbuje zmienić swoje podejście, przez co jej życie stanie się lepsze, to będę szczęśliwa. Z pewnością jeszcze nie raz nadejdą gorsze dni, ale wtedy będziemy pamiętać, że nie trzeba nic rzucać tylko zastanowić się jak zmienić to na lepsze.

Teraz częściej będę na Botaniku.
Zapraszam z pupilami.
Wstąp na kawę.
Pogadajmy! :)
Prezenty na które nikt nie czeka

Prezenty na które nikt nie czeka



          Wkrótce Boże Narodzenie. Czas w którym obdarowujemy naszych najbliższych prezentami. Kilka dni wcześniej wpadamy w zakupowy szał. Zastanawiamy się co kupić mamie i tacie. Czy ten szalik spodoba się dziadkowi i czy babcia przypadkiem nie dostała już od kogoś książki, którą planujemy jej zamówić. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy dany prezent przypadnie do gustu. Skąd więc biorą się pomysły na to aby pod choinką umieścić przewiązane czerwoną kokardą żywe stworzenie?
           Każdego roku część zwierząt, które zostały dane w prezencie trafia do schronisk, lub jest porzucana w lesie, czy na ulicy. Jeżeli komuś z czytelników wpadł do głowy taki pomysł, proszę, pomyślcie, czy sami chcielibyście być zaskoczeni w taki sposób? Mała puchata kulka z czerwoną kokardą na szyi, wyglądająca z jednego z kolorowych pudeł stojących pod choinką, na pewno każdemu kojarzy się bardzo miło. Należy jednak pamiętać, że oprócz tej radości, obdarowujemy daną osobę ogromną odpowiedzialnością. Porannymi spacerami, kosztami, które trzeba ponieść na wyżywienie czy leczenie zwierzęcia, problemem kto zostanie z nim podczas naszej dłuższej nieobecności.
          Jeżeli nawet cała rodzina od dłuższego czasu planuje przygarnięcie zwierzaka i jest to już jak najbardziej przemyślane, to nadal święta nie są na to najlepszym okresem. W pierwsze dni zwierzęcia w naszym domu musimy mu zapewnić jak najwięcej spokoju, aby mogło się zaklimatyzować i poczuć bezpiecznie w nowym miejscu. Dom pełen ludzi w wigilię, ksztątanina między kuchnią a salonem i głośni kolędnicy ku temu z pewnością nie sprzyjają.
          Mamy ogromny wybór świątecznych prezentów. Kubki, szaliki, swetry, książki... Pamiętaj, że łatwiej będzie Ci zaproponować, widząc niezbyt zadowoloną minę siostry, że wymienisz bluzkę, niż oddać psa.
       
Copyright © 2014 Brakuje Żyrafy , Blogger