Biedni bogacze, bogaci biedni

Biedni bogacze, bogaci biedni








Kilkanaście lat temu siedziałam na huśtawce z kuzynką i gdzieś pomiędzy śpiewaniem i wymyślaniem piosenek snułyśmy marzenia o tym co by było gdyby pieniądze rosły na drzewach. Na prawdę. Ile ubranek dla lalek byśmy sobie kupiły. I w ilu wózkach byśmy je woziły.

W domu nigdy niczego nie brakowało. Nie było też nic ponad standard. Byliśmy normalną, przeciętną, (teraz rozumiem, że właśnie dzięki temu) szczęśliwą rodziną. I też dzięki temu pamiętam jak wyglądała moja ukochana zabawka z dzieciństwa. Dzięki temu w ogóle miałam swoją ulubioną zabawkę, niebieskiego zajączka z białym brzuszkiem. I dzięki temu Młoda też miała swoją pluszową myszkę Tusię – i za każdym razem gdy Tusia zginęła był płacz i szukanie w środku nocy, bo Młoda bez Tusi nie zasnęła. Pamiętam niedzielne wyjścia z rodzicami do kościoła, a później lody jedzone nad rzeką i łowienie kijanek do pustych opakowań. Pamiętam sierpniowe zakupy przed rozpoczęciem roku. Sukienkę na przedstawienie w którym grałam Calineczkę, własnoręcznie wykonaną przez mamę. Nawet różyczki z bibułki pamiętam. Strój cyganki na „choinkę” w szkole. Ubranie gospodyni od babci. Chustę od stryjenki. Wymalowane na różowo policzki. Pamiętam jak czekałam na tatę wracającego z pracy. Najpierw wypatrywałyśmy z siostrą samochodu. Liczyłyśmy który należał do niego. A później chowałyśmy się pod kocem. Dzień w dzień. Co dzień zaskoczone, że tata się nie domyśla, że znowu się tam schowałyśmy. Dzień w dzień udawał, że nie.

Kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy nie będę pracować z ludźmi. Za to bardzo chciałam, żeby moja praca była związana ze zwierzętami. Dziś pracuję w lecznicy dla zwierząt. W dziale obsługi klienta. Bo niestety, ale ktoś te zwierzęta przyprowadzać musi. Przez pół roku, pomimo ostrzeżeń koleżanek, absolutnie żaden z klientów nie potraktował mnie w zły, czy nieuprzejmy sposób. Nie licząc tych, którzy nie potrafią powiedzieć dzień dobry, czy dziękuję – ale to drobiazg. Każdą napiętą sytuację potrafiłam rozładować, zanim jeszcze wymknęła się spod kontroli. Myślę, że zawdzięczam to swojemu nastawieniu, podejściu do drugiego człowieka, temu czego uczono mnie w domu i co też teraz powtarza Łukasz – stanowczo, szczerze, ale zawsze z szacunkiem. Dziś pierwszy raz zatrzęsły mi się ręce. Wiecie, wybuchy gorąca i takie tam. Odebrałam niezbyt przyjemny telefon, od kogoś komu wydaje się, że przez to kim jest należy się wszystko. Bo w naszym kraju to jest jeszcze taka komuna – masz nazwisko to możesz wszystko sobie załatwić. Więc Pan X zjechał mnie jak burą kotkę. Bo mógł. Strasząc, że jak chcę mieć spokojny wieczór to lepiej żebym zrobiła to o co prosi. Ja w szoku. Kim do jasnej cholery jest Pan X? A że po pracy wyjątkowo trafiam do rodzinnego domu to żalę się mamie. Bo co się będę martwić sama. Niech się pomartwi kobieta ze mną. I przy okazji pewnie coś wymyśli. Bo gorąca czekolada od Młodej pomogła tylko częściowo. Googlujemy. No okej. I chyba dopiero wtedy schodzi ze mnie ciśnienie. Gość na wysoko postawionej pozycji. Profesor na uniwersytecie. Ktoś kto powinien znać podstawowe zasady kultury. A jednak nie. Jednak zupełnie nikt. Wylał swoje frustracje na dziewczynę z recepcji. Przez telefon oczywiście. Bo osobiście, przy innych ludziach Pan X pokazał, że jednak potrafi przynajmniej udawać miłego człowieka.

W sumie mogłabym Wam powiedzieć kto to. Ale po co. I tak pewnie nie kojarzycie człowieka. Chyba, że tak jak moja mama chcielibyście od razu chwycić za telefon i dzwonić do kancelarii. W każdym bądź razie, ja miałam zepsuty wieczór, Pan X ma zepsute życie – i dzięki temu, że to zrozumiałam teraz nie płaczę. A miałam ochotę. I nie pomogłaby czekolada od Młodej i Nutella od Łukasza, która już na mnie czekała.

I bardzo dobrze, że pieniądze nie rosną na drzewach. Dzięki temu nie wszyscy są takimi burakami. I trochę to zabawne - dzięki tej nieprzyjemnej sytuacji wróciło do mnie tyle pozytywnych wspomnień. 
Niepowtarzalna okazja do TRESOWANIA!

Niepowtarzalna okazja do TRESOWANIA!




Ostatnia sytuacja z wybiegu. Pani z dwójką psów, plus wózek i kilkumiesięczne dziecko w wózku. Pytam czy mogę wejść, uprzedzam, że moja jest nie do końca ogarnięta, lubi dominować i póki co ciężko radzi sobie z sytuacją w której inne zwierzę nie da się jej podporządkować, więc narazie bawimy się tylko z ogarniętymi psami. Mogę wchodzić. Śmiało! Ogarnięte przecież. Szkolone. Na początku wszystko jak najbardziej super. Drżę tylko na myśl o tym co będzie jak rozpędzona Nuka, albo dwie pozostałe suczki wpadną w wózek. Uprzedzam, że moja biega (ba, galopuje!) szybko i nie patrzy na to co ma po drodze. Nie no, spokojnie mogę spuścić ze smyczy. Pani jest przyzwyczajona. Dziecko również. Aha. Spuszczam swoją, 10 minut słuchania o tym gdzie psy były szkolone, na jakie jeździły zawody i że nie muszę się tak rozglądać, bo na pewno nic się nie stanie. Nagle jatka i obie suczki łapią Nukę z dwóch stron. Ta na szczęście nie spanikowała, stała i patrzyła na mnie, czekając aż ją wyswobodzę. Pani złapała jedną ze swoich, drugą odgoniła. Na co moja zaczęła szczekać. "PANI MA TERAZ NIEPOWTARZALNĄ OKAZJĘ DO TRESOWANIA. PANI JEJ DA SMACZKA ŻEBY SIĘ ZAMKNĘŁA. ALBO ZABAWKĘ."

No cóż. Psy może w końcu by się dogadały. Panie niekoniecznie. :)

Dzisiaj na luzie - spacery jak dawniej

Dzisiaj na luzie - spacery jak dawniej



Kiedy byłam młodsza i mieszkałam z rodzicami często zabierałam psy na dłuuugie, kilkugodzinne spacery po naszej miejscowości. Dziś ciesząc się z pierwszej od dłuższego czasu wolnej soboty, zaraz po wstaniu z łóżka  pomyślałam, że Nuce przyda się właśnie taki spacer. Nakarmiłam zwierzyniec, ogarnęłam siebie, zapakowałam wodę i smaczki i wyszłyśmy z Nuką na mpk (przepraszam - wybiegłyśmy).

Najpierw pojechałyśmy w odwiedziny do Lubelskiego Animalsa. Mają tam taaakie przecudne charciki. Mama chartów odeszła, gdy te miały zaledwie tydzień i maleństwa wymagały ręcznego wykarmienia Wykarmiłam butelką jednego kota i mogę sobie wyobrazić, jak wielki to wyczyn wychować w ten sposób dziewięć szczeniąt, także wielki ukłon w stronę Lubelskiego Animalsa zdecydowanie się należy! W tym momencie szczeniaki mają cztery tygodnie i już zaczynają rozrabiać.
Prosto z Animalsa ruszyłyśmy na spacer po Lublinie. Głównym celem była praca mojej mamy, której zrobiłam niespodziankę. Poza tym zamierzałam pojechać z mamą w odwiedziny do domu. Nie szłyśmy jednak wzdłuż głównych ulic, ale przez osiedla, nadrabiając drogi i spotykając innych psiarzy i nie psiarzy - którzy często zamieniali z nami kilka słów i tarmosili Nukowe ucha. Z tymi ludźmi to jest tak, że dzielą się na dwa rodzaje. Na widok Nuki albo biorą swoje psy/dzieci na ręce i omijają nas szerokim łukiem, albo próbują pogłaskać ją, często nawet bez uprzedzenia i pytania. Po drodze kupiłyśmy sobie śniadanko i usiadłyśmy na trawie nad rzeką. Znów czułam się jakbym miała 16 lat i wolny od szkoły weekend :) Różniło się jedynie to, że te kilka lat temu znajomi także dzielili ze mną wolne dni, a dziś niestety większość z nich pracowała (no albo była we Francji, pozdro Ulcia!).



Wybrać właściwy moment

Wybrać właściwy moment




Przez pewien czas właściciele 16-letniego Bastera (imię zostało zmienione) zmagali się z jego chorobą. Kilka razy dziennie przyjeżdżali do lecznicy w której przebywał. Wyprowadzali na spacery, przywozili lekkie domowe jedzonko - rosół i kurczaka z ryżem. Stale karmiąc się nadzieją na wspólny powrót do domu. Rachunek za leczenie rósł, ale w tych dniach było to najmniej ważne. Oddaliby wszystko byle tylko jeszcze chwilę przedłużyć życie swojego przyjaciela. Baster jednak, pomimo tych wszystkich starań, z dnia na dzień stawał się coraz słabszy. Nie jadł, codziennie na nowo przygotowywanych posiłków. W ostatnich dniach przestał nawet machać ogonem na widok właścicieli. Po pewnym czasie postanowili zabrać go do domu. Na próbę. Może zacznie jeść. Może stanie na nogi. A może pomyśleli, że psu w domu umierać będzie lepiej. Tym razem przyjechał tylko Pan. Cała rodzina czekała w domu. Jednak Baster już nigdy do nich nie dotarł. Nie przekroczył nawet progu lecznicy. Odszedł w gabinecie. W ramionach właściciela.

Historia jakich wiele. Pełna nadziei, wzruszeń, łez. Czułości i troski. Z drugiej strony za długa opowieść, o nieumiejętności podjęcia właściwej decyzji w odpowiedniej chwili. Wydarzenie to mi osobiście na długi czas pozostało w pamięci i sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, że w takich sytuacjach ludzie nie wiedzą jak mają postąpić i nie ma nikogo, kto mógłby im właściwie doradzić.

Każdy kto ma czworonożnego przyjaciela pragnie żeby żył on jak najdłużej. Niestety długość życia naszych podopiecznych jest nieporównywalnie krótsza niż ludzi i do każdego z nas pewnego dnia dociera, że w niedługim czasie przyjdzie pora żeby się pożegnać. Kiedy zwierzę zaczyna chorować z dnia na dzień, traci siły, nie chce jeść właściciele zapisują się z nim do lekarza i robią wszystko żeby przedłużyć mu życie. W takim momencie dla kochającego właściciela powinno liczyć się przede wszystkim dobro zwierzęcia. W odpowiednim momencie powinna nadejść chwila wyłączenia uczuć i przeanalizowania sytuacji zwierzaka. Najważniejszym aspektem jest dobrostan, czyli taki stan fizyczny i psychiczny zwierzęcia, który zaspokaja jego wszelkie potrzeby w zakresie żywienia, dostępu do wody, potrzebnej przestrzeni życiowej, zapewnienia towarzystwa innych zwierząt (lub ludzi). Jeżeli leczenie ma tylko przedłużyć życie o kilka dni, bądź miesięcy, ale konieczne jest pozostawienie go w lecznicy na dłuższy czas, bo bez podłączenia do aparatury nie będzie w stanie funkcjonować, a tym bardziej jeżeli choroba jest nieuleczalna i wiąże się z ogromnym cierpieniem, powinniśmy zacząć zastanawiać się nad sensem takiego działania.

Pogorszenie wzroku, czy słuchu wiążące się ze starością, absolutnie nie są powodem do uśpienia zwierzęcia. Starszy psiak, dzięki dobrze dobranym lekom może jeszcze długo normalnie funkcjonować. Jeśli sytuacja dotyczy wypadku, złamania, bądź choroby, która dzięki zaangażowaniu lekarzy i opiekunów daje zwierzakowi realne szanse na dalsze cieszenie się życiem - trzeba za wszelką cenę walczyć. Eutanazja jest zawsze ostatecznym wyjściem. Określenie to znaczy "dobra śmierć". Odebranie cierpienia. Dlatego tak ważne jest wybranie właściwej chwili. Odpowiedzenie sobie na pytanie, jaki był ostatni czas życia naszego psa. Nigdy jednak nie nadejdzie odpowiedni moment na pożegnanie. Ludzie, którzy ją podejmą tą decyzję, nie umawiają się w tym celu jak na profilaktyczne szczepienie czy kontrolę po operacji. Dzwoniąc do lecznicy są zdecydowani, mówią, że nadszedł ten moment i pytają czy mogą przyjechać. Proszą o szybkie przyjęcie.



Copyright © 2014 Brakuje Żyrafy , Blogger