Nie zapomnij przygotować go do Sylwestra

Nie zapomnij przygotować go do Sylwestra




          Sylwestrowa noc dla nas jest okresem do świętowania. Przygotowaniom do wieczornego wyjścia poświęcamy całe popołudnie. Zastanawiamy się nad postanowieniami na nadchodzący rok i wspominamy to co wydarzyło się w tym, który właśnie dobiega kresu. Kiedy wybija północ otwieramy szampana i stukamy się kieliszkami a niebo rozświetlają kolorowe fajerwerki. Śmiejemy się, składając sobie życzenia.

Co w tym momencie robi nasz pies?

            Psi słuch jest dużo bardziej wrażliwy niż ludzki. Potrafią one usłyszeć dźwięk z czterokrotnie dłuższej odległości. Huk petardy, który dla nas jest do zniesienia, sprawiać im może nawet fizyczny ból. Sylwester jest więc dla nich najtrudniejszym dniem w roku. Odgłosy wystrzałów, świsty petard i błyski rozchodzące się ze wszystkich stron stanowią dla zwierząt olbrzymie źródło stresu. Niejednokrotnie w tym czasie dochodzi do ucieczek czy wypadków. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć reakcji psa na nagle wystrzeloną nieopodal nas petardę. Nawet jeżeli należy on do najodważniejszych. Wyjątkiem są tylko psy pracujące wśrod policjantów lub myśliwych, czyli osób używających broni. Są one odpowiednio przygotowane do tego typu sytuacji.

Jak mogę pomóc psu lepiej znieść Sylwestrową noc?

             Przygotowania naszego psa do Sylwestra zacząć się muszą na długo przed nim. Zostało nam 11 dni, a więc mamy już mało czasu. Najlepiej kiedy pies był socjalizowany już od szczeniaka ze środowiskiem zewnętrznym i przygotowywany do różnych sytuacji. Pamiętać jednak należy, że nawet najbardziej wyszkolony pies, w momencie gdy usłyszy huk rzuconej blisko petardy, będzie mógł chcieć uciec, niereagując na nasze komendy.

              To od czego możecie zacząć to pomóc psu skojarzyć hałas z czymś pozytywnym, puszczając odgłosy fajerwerków z youtuba, nagradzając go przy tym smaczkami i zabawą. Pamiętajmy, że dźwięk musi być stopniowo podgłaszany, nie może wywołać u zwierzęcia stresu. Bez względu na to czy zostajemy tej nocy w domu, czy wychodzimy, musimy przygotować bezpieczny kąt dla psa. Pod żadnym pozorem nie przenośmy jego posłania z miejsca w którym jest zazwyczaj. Ostatni spacer powinien odbyć się najwcześniej jak jest to tylko możliwe. Zabierzmy psa na dłużej w mało uczęszczane, spokojne miejsce. Koniecznie na smyczy. Możemy założyć mu dodatkową obrożę z adresówką. Jeśli nie jest jeszcze zaczipowany, warto zrobić to teraz. Dzięki temu w razie ucieczki będzie większe prawdopodobieństwo, że ktoś pomoże mu wrócić do domu. Jeżeli wychodzimy zabezpieczmy drzwi i okna, tak aby uniemożliwić mu ucieczkę. Zostawmy włączony telewizor lub radio, które chociaż w minimalnym stopniu zagłuszą huk petard. Dobrym pomysłem jest też zostawienie na psim posłaniu naszej bluzy, aby czuł się bezpieczniej czując nasz zapach. A także położenie dodatkowego koca w który w razie czego będzie mógł się zakopać.

Zwróćcie się o pomoc do lekarza

              Ogromny stres związany z wystrzałami petard prowadzić może do poważnych traum. Nawet jeśli zwierzę wcześniej się nie bało i nie zareaguje bardzo lękliwie na stresującą sytuację, może mieć ona konsekwencje w przyszłości. Podając odpowiednie leki można ich uniknąć. Należy jednak pamiętać, że leki te powinny być podane zanim zwierzę po takiej sytuacji zaśnie. Warto już teraz skontaktować się z lekarzem, może nasz pies będzie potrzebował podania leków. Na Sedalin mówimy stanowcze NIE. Sedalin przez swoją substancję czynną powoduje apatię, co może być mylnie kojarzone z uspokojeniem. Lek ten powoduje również paraliż mięśni, dlatego stosowany jest na przykład przy wyłapywaniu dzikich psów. Nie wpływa on jednak na wyciszenie umysłu, więc zwierzę boi się nadal, tylko nie może uciec. Miejcie więc tego świadomość, aby odmówić, gdyby wet z niewiadomych przyczyn, zaproponował właśnie to. Podanie jakichkolwiek leków, także tych na bazie ziół, powinno być skonsultowane z lekarzem weterynarii. Znajdźmy też w pobliżu lecznicę czynną całodobowo, aby w razie nagłego wypadku móc od razu zawieźć tam psa.

W tym dniu pamiętajcie również o kotach

            Stwórzcie kotu bezpieczny kącik w którym, w razie kiedy zacznie odczuwać strach będzie mógł się ukryć. Poświęćcie czas wieczorem zmuszając go do aktywności. Jest szansa, że wybiegany i zmęczony prześpi całą noc nie zwracając uwagi na to co dzieje się na zewnątrz. Pomoże również zasłonięcie okien. Upewnijcie się też, czy wszystkie zostały zabezpieczone tak, że nie będzie mógł uciec. Pod żadnym pozorem w tym okresie nie wypuszczajcie go na zewnątrz. Jeżeli wyjeżdżacie lepszym wyjściem będzie znalezienie zaufanego opiekuna, niż przewożenie kota w inne miejsce, ponieważ to wiązać się będzie z kolejnym stresem. Jeśli natomiast impreza sylwestrowa odbywać się będzie u nas to jak najbardziej należy kota na ten czas umieścić gdzie indziej. Najlepiej wywieźć go do domu, który już zna, lub chociaż do ludzi, którzy Was odwiedzali. Tak jak w przypadku psów, nie podawajcie kotom żadnych środków na uspokojenie, jeżeli nie będzie to skonsultowane z lekarzem. 

Emocje na bok

             Zwierzęta bardzo dobrze wyczuwają nasze emocje i udziela im się nasz nastrój. Tak więc zaniepokojenie, martwienie się i złość na ludzi odpalających petardy wywołają w nich dodatkowe zdenerwowanie. Zachowujmy się tak jak każdego innego dnia, nie pocieszajmy ich, nie bierzmy na ręce, pogorszy to tylko sprawę. Mówmy do nich, zachęcajmy do zabawy, tak jakby nic się nie działo. :)


Pamiętajcie, aby zadbać o Wasze zwierzęta już kilka dni przed i kilka dni po Sylwestrze, niestety petardy nie są puszczane wyłącznie o północy. W okresie okołosylwestrowym najlepiej w ogóle nie spuszczać psów ze smyczy i nie wypuszczać kotów z domu.


Dziękuję pani doktor Ani Kot za przeczytanie postu przed publikacją. Pani Doktor zwróciła uwagę na to aby wyraźnie zaznaczyć, że do lekarza ze zwierzaczkiem musimy się zgłosić już teraz. Z tego powodu iż leki, które będą mogły mu pomóc muszą być podane odpowiednio wcześnie.

Nie zostawiajmy tego na ostatnią chwilę! 
Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz

Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz



Trafiłam niedawno na cytat, który mówił o tym, że jeżeli Twoja praca stała się dla Ciebie nudna i zaczyna Cię drażnić to nie jest powód do odejścia, trzeba zostać i coś na to poradzić. Teraz oczywiście, mimo starań, nie potrafię go dla Was odszukać. To jest jak z próbą znalezienia kluczyków - trafisz na nie dopiero jak nie będziesz ich potrzebować, ale na pewno nie w momencie gdy ich szukasz.

Kiedy zadzwoniła do mnie pani dyrektor mojej obecnej firmy aby zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną pomyślałam, że właśnie złapałam Pana Boga za nogi. Moja pierwsza poważna praca. Od razu po studiach. Od razu na etat. Przy zwierzętach. EKSTRA! Trafiło się jak ślepej kurze ziarno, przecież nie pofatygowałam się nawet aby zawieźć CV, poprosiłam Tatę aby je dostarczył. Przez pierwszy miesiąc wstawałam pełna energii, biegłam  na autobus. Dzień w pracy mijał mi ekspresowo i już nie mogłam się doczekać kolejnej zmiany. Nawet przed okresem zatrudnienia przychodziłam do dziewczyn w odwiedziny, podpytywać co i jak, chcąc od razu nauczyć się nowych rzeczy. A w pewnym momencie pomyślałam, że stoję w miejscu. Uważałam, że rejestrując pacjentów nie będę miała możliwości rozwoju. Przychodzę na swoją zmianę, biegam przez 8 godzin starając się zadowolić wszystkich, zrobić tak aby każdy czekał jak najkrócej, a w międzyczasie odhaczyć wszystkie punkty checklisty. Wychodziłam zmęczona, zasypiając w autobusie, a w domu walczyłam z migreną. Potem wstawałam po nieprzespanej nocy o 5:00 i szłam na autobus. Uśmiechałam się przez cały dzień, aż wypaliłam się do cna. Wzięłam urlop, żeby odpocząć. Poczytać książki. Wyspać się. Zresetować. Mieć czas dla rodziny. Nici z planów. Przeszłam załamanie. Nie chciało mi się wstawać z łóżka. Płakałam i śmiałam się na zmianę. Normalni ludzie tak nie robią. Nie da się przechodzić tak szybko z najbardziej skrajnej emocji w drugą najbardziej skrajną. Łukasz nie wiedział czy wysłać mnie do psychologa czy od razu do psychiatry. Pisał maile do poradni. Nie chciałam nigdzie iść. Nie wstydzę się tego. Każdy człowiek ma chwile słabości.

Dla znajomych z którymi się spotykałam może sprawiałam wrażenie otwartej, przebojowej i przede wszystkim szczęśliwej dziewczyny. Ale nikt nie jest taki jaki jest przed innymi ludźmi i każdy ma w sobie jakieś zło. Moim była samotność. Nie potrafiłam czerpać radości z otaczania się ludźmi. Ba! Ja nie potrafiłam otaczać się ludźmi. Podobno prawdziwe przyjaźnie zaczyna się w dzieciństwie. Nie mam przyjaciela z dzieciństwa. Nie utrzymuję nawet kontaktów z nikim z kim siedziałam w ławce w podstawówce, w gimnazjum, czy nawet liceum. Mam jedną kochaną osóbkę, która moim przyjacielem jest, ale tylko dlatego, że akceptuje mnie taką jaka jestem i jaka byłam. A ja nie dbałam o innych. Nie oddzwaniałam. Nie odpisywałam. Odwoływałam spotkania. Ludzie po pewnym czasie przestawali być interesujący. Nudziłam się. Wolałam swoją samotnię. Książki. Filmy. Internet. Poza tym pewnie sprawiałam wrażenie odważnej, ale w gruncie rzeczy nie chciałam nawet zamawiać pizzy przez telefon. A kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy, przenigdy nie będę pracowała z ludźmi.

Ale do nowej pracy weszłam z pełną otwartością. Natrafiłam trochę na mur i zupełnie niepotrzebnie się tym przejęłam, biorąc wszystko do siebie. Od zawsze wierzyłam za bardzo w dobry świat. W to, że wystarczy, że będę czegoś bardzo chcieć i to się zmieni. W to, że jeśli ja będę dobra dla ludzi to ludzie będą dobrzy dla mnie. No bo jak to? Jak można się nie odśmiechnąć do kogoś kto się do Ciebie uśmiecha mijając na korytarzu? Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam, że może powinnam trochę chociaż poudawać, żę wcale mi  nie jest do uśmiechu. I wtedy ktoś mi powiedział, że lubi ze mną pracować, bo mi się tak zawsze śmieje buzia. Do dzisiaj to pamiętam, a wtedy bardzo mi to pomogło i dało mi wiarę, że jednak warto uśmiechać się do ludzi. :)

Były momenty, kiedy byłam gotowa drukować wypowiedzenie, przejęta tym, czy urlop wystarczy mi na okres wypowiedzenia. Albo Łukasz brał telefon i mówił, że jeżeli sama się nie zwolnię to on zadzwoni do firmy, bo stawałam się nieznośna. I wiecie co? Gdybym wtedy odeszła nic by się nie zmieniło. A przede wszystkim ja bym się nie zmieniła. Miałabym tylko fałszywą satysfakcję, że miałam odwagę zrezygnować z pracy na etat.

Od zawsze potrzebowałam diametralnych zmian. Wyrywałam kartki z zeszytu gdy napisałam krzywo jedną literkę, nawet jeżeli był to już koniec strony i przepisywałam od nowa. A kiedy w życiu zaczynały się problemy uciekałam. Być może w pracy też szansą dla mnie było otworzenie nowego gabinetu. Bo to mnie trzymało. Czekałam na otwarcie. Potrzebowałam czegoś nowego. A teraz zrozumiałam, że to czego potrzebowałam na prawdę to ZMIANY PODEJŚCIA.

Sama bym na to nie wpadła. I sama bym się zwolniła już dawno. Mama powtarzała mi, że jak odejdę to nic się nie zmieni, a kiedy dzwoniłam do niej przed pracą płacząc, że ja nie chcę dzisiaj iść i że mam nadzieję po drodze złamać nogę powtarzała "Idź, zwierzątka Cię potrzebują!". Tata wysłuchiwał moich żali odwożąc mnie po drugiej zmianie do domu i pytał co dziś było nie tak, dając szansę opowiedzieć co właśnie było "tak", bo ja jakoś od dziecka tak miałam, że zawsze musiałam mieć zdanie na odwrót niż uważali wszyscy inni. :) Młoda dopytywała na fejsie co było w pracy i jak się trzymam. A Łukasz czekał na mnie z obiadem na kolację i pewnie szlag go już trafiał, ale starał się jak mógł podtrzymywać mnie na duchu i wmówić mi, że nie jest tak źle jak mi się wydaje, że jest. A szef był cierpliwy, dał mi szansę mówienia na głos co mi nie pasuje i czego się obawiam i czas na podjęcie decyzji. Chyba nawet on wierzył w to, że w końcu zrozumiem.

Jestem wdzięczna Bogu za tych ludzi i za to, że zaprowadził mnie dotąd gdzie się znajduję, właśnie taką drogą jaką mnie tu prowadził. Że przeszłam to załamanie, że nie chciało mi się żyć, że później zabrał ode mnie to wszystko i pozwolił pokochać siebie, innych i moją pracę. Właśnie tak. Pracę trzeba kochać. To nie może być tylko wpatrywanie się we wskazówki zegara i odliczanie czasu kiedy do domu. To musi być dostrzeganie dobrych stron. Chęć rozwoju. Bo jak mogłam myśleć, że siedząc na recepcji się nie rozwijam? Ciągle poznaję nowe przypadki. Codziennie przeprowadzam kilka dłuższych rozmów. Uspokajam obiecując, że zajrzę do pieska, gdy zostaje u nas i dzwonię żeby powiedzieć co robi. Daję się wygadać, gdy nie ma szans na wyleczenie. Podaję chusteczki, gdy jest już za późno. Cieszę się z nowego małego pupila razem z właścicielami. Jestem szczęśliwa razem z opiekunami, gdy zwierzątko zdrowieje. Mówię, że też mam rudego kota, albo, że moja suczka też nazywa się Nuka i że myślałam, że tylko ja mogłam wymyślić takie imię. Przestałam marudzić "to powinno być tak", podsuwam za to pomysły jak może być.

Wcześniej natrafiłam na kilka małych przeszkód i chciałam wszystko rzucać. Uważałam, że wszyscy powinni być dla mnie mili bo ja jestem, a jak nie są mili to niech spadają i ja ich nie chcę. A przecież to my budujemy miejsca. To my decydujemy o tym jak będą wyglądać. To ode mnie zależy czy przekraczam próg firmy wpatrzona w podłogę i zła na wszystko od samego rana, czy wchodzę pełna energii na nowy dzień. A przede wszystkim to ja decyduję o tym czy i jaki uśmiech daję ludziom i  jak reaguję na to, gdy ktoś go nie chce. Nie mamy wpływu na to co mówią i robią ludzie, ale na to jak to odbierzemy już tak. Nigdy więcej nie pozwolę nikomu zgasić tego uśmiechu.

To odważny post. Ale jeżeli chociaż jedna osoba go przeczyta i dzięki temu też spróbuje zmienić swoje podejście, przez co jej życie stanie się lepsze, to będę szczęśliwa. Z pewnością jeszcze nie raz nadejdą gorsze dni, ale wtedy będziemy pamiętać, że nie trzeba nic rzucać tylko zastanowić się jak zmienić to na lepsze.

Teraz częściej będę na Botaniku.
Zapraszam z pupilami.
Wstąp na kawę.
Pogadajmy! :)
Prezenty na które nikt nie czeka

Prezenty na które nikt nie czeka



          Wkrótce Boże Narodzenie. Czas w którym obdarowujemy naszych najbliższych prezentami. Kilka dni wcześniej wpadamy w zakupowy szał. Zastanawiamy się co kupić mamie i tacie. Czy ten szalik spodoba się dziadkowi i czy babcia przypadkiem nie dostała już od kogoś książki, którą planujemy jej zamówić. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy dany prezent przypadnie do gustu. Skąd więc biorą się pomysły na to aby pod choinką umieścić przewiązane czerwoną kokardą żywe stworzenie?
           Każdego roku część zwierząt, które zostały dane w prezencie trafia do schronisk, lub jest porzucana w lesie, czy na ulicy. Jeżeli komuś z czytelników wpadł do głowy taki pomysł, proszę, pomyślcie, czy sami chcielibyście być zaskoczeni w taki sposób? Mała puchata kulka z czerwoną kokardą na szyi, wyglądająca z jednego z kolorowych pudeł stojących pod choinką, na pewno każdemu kojarzy się bardzo miło. Należy jednak pamiętać, że oprócz tej radości, obdarowujemy daną osobę ogromną odpowiedzialnością. Porannymi spacerami, kosztami, które trzeba ponieść na wyżywienie czy leczenie zwierzęcia, problemem kto zostanie z nim podczas naszej dłuższej nieobecności.
          Jeżeli nawet cała rodzina od dłuższego czasu planuje przygarnięcie zwierzaka i jest to już jak najbardziej przemyślane, to nadal święta nie są na to najlepszym okresem. W pierwsze dni zwierzęcia w naszym domu musimy mu zapewnić jak najwięcej spokoju, aby mogło się zaklimatyzować i poczuć bezpiecznie w nowym miejscu. Dom pełen ludzi w wigilię, ksztątanina między kuchnią a salonem i głośni kolędnicy ku temu z pewnością nie sprzyjają.
          Mamy ogromny wybór świątecznych prezentów. Kubki, szaliki, swetry, książki... Pamiętaj, że łatwiej będzie Ci zaproponować, widząc niezbyt zadowoloną minę siostry, że wymienisz bluzkę, niż oddać psa.
       
KTO (KOT) tu nam bałagani?

KTO (KOT) tu nam bałagani?



"Muszę Ci powiedzieć, że ostatnio się na Tobie zawiodłem." - rzucił z kuchni. Pobiegłam spytać jak to, dlaczego? "Kiedy napisałaś, że w kuchni był wypadek, pomyślałem, że zrobiłaś obiad i nie zdążyłaś posprzątać!" Śmiechłam. Rzeczywiście, wysłałam smsa o takiej treści. I rzeczywiście w kuchni zdarzył się wypadek. No i nie dość, że nie zdążyłam po tym wypadku posprzątać, to jak już się domyślacie, obiadu również zrobić nie zdążyłam. I chyba nikt się nie dziwi, co? Ja jestem z tych kobiet, które wolą nawet w największą wichurę, deszcz ze śniegiem i burzę z piorunami, wyjść zjeść na mieście, niż ugotować w domu. Choć, paradoksalnie, gotuję ponodobno najlepiej.
Wypadek był o 6:33. Wiem na pewno, bo trzydzieści pięć po szóstej wychodzę wybiegam na przystanek. Co już mnie tłumaczy, dlaczego nie posprzątałam. A więc, biegając między pokojem a łazienką wpadłam na moment do kuchni spakować do torby drugie śniadanie. Dokładnie w momencie, gdy otwierałam drzwi zobaczyłam spadający z parapetu talerz. Na talerzu była mąka. Za talerzem leciało 10 jajek (na szczęscie takich ze sklepu, te od babci się uchowały!). A na to wszystko spadł kot. Ułamek sekundy, ale wyobraźcie sobie jak wyglądała kuchnia. Sprawdziłam tylko czy nie ucierpiał żaden opuszek. Nie ucierpiał. Mogłam spokojnie wybiec z domu, a z mpka wystukać przepraszająco-wyjaśniającego smsa. Jak się okazało był mało wyjaśniający. Przepraszający w sumie też. On spodziewał się obiadu, więc rozumiem rozczarowanie po wejściu do kuchni. No ale, co to za pomysł z tym talerzem? Z mąką? W domu pełnym kotów? Serio?


Koty, które żyją najdłużej.

Koty, które żyją najdłużej.



Sześć lat temu zawoziłam na sterylizację do Lubelskiego Animalsa bezpańskie kocice z działek niedaleko mojego domu. Był tam też kociak z raną na łapce, którego postanowiłam zabrać do lekarza. Kiedy go złapaliśmy, czekając na tatę, weszłam na herbatę do starszej pani, która dokarmiała koty. Okazało się, że kociak uciekł z klatki pozostawionej na werandzie. A, że ja już się cieszyłam, że w domu będzie znowu jakieś kocię doszłam do wniosku, że w takim razie zabiorę inną biedę. Wśród innych kociaków ten był najmniejszy, najchudszy i najbiedniejszy. Jednak poza niedogojonym pępuszkiem nie widać było żeby miał się źle. Wzięłam go do domu na przemycie ranki, a następnego dnia chciałam wypuścić go z powrotem do kociej mamy.



W nocy jego stan się bardzo pogorszył. Telefon do lekarza i rano już byliśmy w Animalsie. Koci katar. Zapalenie oskrzeli. Lekarz powiedział, że prawdopodobnie byłaby to jego ostatnia noc, gdyby został na działkach. Dwa tygodnie spędził w Przychodni weterynaryjnej Lubelskiego Animalsa. Dwa tygodnie na kroplówkach. Później zastrzyki w domu. Pamiętam jak leżał w klatce po chomiku z główką na butelce z ciepłą wodą, ledwo łapiąc powietrze. Ale udało się!

Przez dwa lata mieszkał ze mną. Spał ze mną. Robił mi bałagan w notatkach. Budził w nocy. Gryzł w stopy. Uwieszał się nóg, gdy szłam zapalić światło. Później został wychodzącym kotem. Początkowo przesiadywał na zewnętrznym parapecie, albo na balkonie. Potem zaczął zwiedzać świat. Zawsze gdy nie było go w domu towarzyszył mi irracjonalny strach o niego. Nawet teraz dzwoniąc do domu pytałam czy jest kot. Jak się niestety okazało przeczucie to nie do końca było irracjonalne.

Tydzień temu, kiedy szykowałam się do wyjścia z pracy, zadzwoniła do mnie mama. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Bonnie przyczołgał się pod naszą bramę, prawdopodobnie po potrąceniu przez samochód. RTG wykazało stłuczenie płuc, odmę podskórną i śródpiersiową, częściowe przemieszczenie watroby i ubytek przepony. Przez pierwsze dni miał problemy z oddychaniem. Nie wiedzieliśmy czy przeżyje. Teraz dochodzi do siebie w domu, jeszcze na lekach i pod kontrolą lekarza. Niestety po wypadku stracił czucie w ogonie i będzie trzeba go amputować, kiedy już stan kotka się ustabilizuje. 

Z dziewięciu żyć już na pewno wykorzystał trzy. Następnym razem mógłby nie mieć tyle szczęścia. Nie każdy kot ma tyle szczęścia. Ba! Niewiele kotów ma tyle szczęścia.

Wiecie już jakie koty żyją najdłużej?
NIEWYCHODZĄCE.






W łóżku z mordercą

W łóżku z mordercą





Kilka lat temu na spacerze z koleżanką znalazłyśmy małego czarnego pieska. Po wybłaganiu przypadkowo spotkanej pani żeby zajęła się tymczasowo psiakiem i przekonaniu znajomych, że oczywiście potrzebują psa - pies uciekł. Szukając go po raz pierwszy trafiłam do schroniska. Pamiętam jak szłam pomiędzy boksami. Te przytknięte do krat nosy. Psy skaczące na siatkę, chcące zwrócić na siebie uwagę i te zrezygnowane, siedzące w kącie. Pamiętam biegnącego w moją stronę małego rudego szczeniaczka, który uciekł z pawilonu jakiejś dziewczynie. Ale najbardziej w pamięci mi utkwił czarno-biały amstaff. Gdzieś w środku coś mi mówiło, że on nigdy stamtąd nie wyjdzie. Że tu zostanie. Bo jest amstaffem. Bo ktoś kiedyś obciął mu uszy. A ktoś inny, jeszcze wcześniej, takim jak on przypiął łatkę zabójcy. Wtedy wiedziałam, że pewnego dnia, gdy już będę dorosła, wybiorę się do schroniska i zabiorę do domu psa, którego nikt nie chce. A dziś wiem, że tego nie zrobię. Nie wybiorę psa w typie rasy uważanej za groźną. Dorosłego. Z nieznaną przeszłością. To on wybrał nas.


Pewnie większość z Was już zna tą historię. Jednak, w nadziei, że grono czytelników ciągle się powiększa, opowiem ją jeszcze raz. Więc jeśli już ją poznałeś możesz śmiało wstać zrobić sobie herbatę, a później przewinąć dalej. :) Na tegoroczną majówkę wybraliśmy się z Łukaszem w okolice Kazimierza Dolnego, na ranczo naszych znajomych. Po prostu do nas przyszła. Podchodziła nieśmiało, zabierała dawane jej smaczki, zakopywała i wracała po jeszcze. Rano okazało się, że noc spędziła na fotelu pod domkiem. Następnego dnia już była bardziej ufna. I od początku najbardziej pokochała Łukasza. Po dojściu do siebie po imprezie zapakowaliśmy ją do samochodu, żeby poszukać jej domu. (Przypomniało mi się, że wsiadłam wtedy do auta bez okularów i w ogóle nie przeszkadzał mi ich brak! Musiałam być serio przejęta. :) Okoliczni mieszkańcy potwierdzili nasze przypuszczenia i rozwiali wszelkie nadzieje na odnalezienie właściciela. Tułała się po tej miejscowości od 3 miesięcy, może nawet dłużej. Dokarmiał ją właściciel miejscowego sklepu. No i co teraz? Szybka kalkulacja. Kto ją weźmie, na ile. Najpierw my, na trochę. Znajomi zeoferowali się zrzucić na Nukową sterylizację. Jak zadzwoniłam do Lubelskiego Animalsa, okazało się, że zrobią to za darmo. Dziękujemy! :))) Więc pieniążki poszły na leczenie i żarcie na start. Sterylka była potrzebna na cito, jeszcze tej samej nocy, kiedy Nuka była u nas po raz pierwszy, dzwoniłam do doktora Przemka z pytaniem czy następnego dnia może ją przyjąć. Ciachał ją prawie, że na urlopie. :) Po sterylce miała u nas zostać tylko do czasu zagojenia rany. Później miała przygarnąć ją Justyna. A jak nie to przecież na pewno znajdziemy jej dom. A ja już wtedy liczyłam na to, że nikt jej nie zechce. Że nie znajdzie się żaden dom. Ogłoszenia były. Oczywiście. Szukaliśmy domu dla Nuki. Na fejsie, na olx. Byli nawet chętni, którym nie szczędziłam opowieści o Nukowych wyczynach. Ochoczo opowiadałam o zjedzonym padzie i trzecim kablu od ładowarki i kennelowej klatce, która zajmuje pół kuchni. Nikt nawet nie zdążył się z nami umówić na zapoznawczy spacer.


Wypisywałam dziś w pracy zaproszenia na szczepienia dla naszych pacjentów. Dziesiątki imion. Dlaczego akurat Nuka? A no, proszę Państwa, dlatego, że wydawało mi się, że Łukasz mi mówił, że jego pies miał na imię Nuka, a ja pomyślałam, że przez ten wzbudzony sentyment łatwiej będzie mi go przekonać żeby ją przygarnąć. Kilka miesięcy później kolega, z miejscowości z której pochodzi Łukasz pytał czy serio tak ją nazwaliśmy, bo u nich do psów woła się " - nuka, nuka ". Coś zamiast naszego "psipsipsi". Ups! ale już się przyjęło, więc właśnie tak ma na imię.


Pierwszego dnia poprosiłam znajomych żeby zapamiętali Nukowe oczy. Wiedziałam, że po pewnym czasie się zmienią. Nabiorą blasku. Właśnie te oczy są doskonałym dowodem na to, że podjęliśmy najlepszą decyzję zabierając ją ze sobą. Ale też to właśnie przez nie najczęściej wraca do mnie pytanie o jej przeszłość. Nigdy nie dowiemy się jak znalazła się w miejscu w którym ją znaleźliśmy. Urodziła się na wolności, została oswojona przez ludzi i błąkała się po wsiach w poszukiwaniu jedzenia? Miała kochających właścicieli, ale przez skłonność do ucieczek wybrała życie na gigancie, a później już nie potrafiła wrócić do domu? Może ktoś za nią tęskni i nie trafiliśmy na swoje ogłoszenia? A może jednak, ci którzy zastanawiają się skąd w nas odwaga do spania z psem o nieznanej przeszłości mają rację? Może ugryzła dziecko, więc ktoś wsadził ją do samochodu i wywiózł? Może śpię z mordercą. Jedno jest pewne. Niczego się nie dowiemy. Nadal uczymy się siebie na wzajem i pracujemy nad zachowaniem. Nie zrezygnujemy. Choćby nie wiem co.



Biedni bogacze, bogaci biedni

Biedni bogacze, bogaci biedni








Kilkanaście lat temu siedziałam na huśtawce z kuzynką i gdzieś pomiędzy śpiewaniem i wymyślaniem piosenek snułyśmy marzenia o tym co by było gdyby pieniądze rosły na drzewach. Na prawdę. Ile ubranek dla lalek byśmy sobie kupiły. I w ilu wózkach byśmy je woziły.

W domu nigdy niczego nie brakowało. Nie było też nic ponad standard. Byliśmy normalną, przeciętną, (teraz rozumiem, że właśnie dzięki temu) szczęśliwą rodziną. I też dzięki temu pamiętam jak wyglądała moja ukochana zabawka z dzieciństwa. Dzięki temu w ogóle miałam swoją ulubioną zabawkę, niebieskiego zajączka z białym brzuszkiem. I dzięki temu Młoda też miała swoją pluszową myszkę Tusię – i za każdym razem gdy Tusia zginęła był płacz i szukanie w środku nocy, bo Młoda bez Tusi nie zasnęła. Pamiętam niedzielne wyjścia z rodzicami do kościoła, a później lody jedzone nad rzeką i łowienie kijanek do pustych opakowań. Pamiętam sierpniowe zakupy przed rozpoczęciem roku. Sukienkę na przedstawienie w którym grałam Calineczkę, własnoręcznie wykonaną przez mamę. Nawet różyczki z bibułki pamiętam. Strój cyganki na „choinkę” w szkole. Ubranie gospodyni od babci. Chustę od stryjenki. Wymalowane na różowo policzki. Pamiętam jak czekałam na tatę wracającego z pracy. Najpierw wypatrywałyśmy z siostrą samochodu. Liczyłyśmy który należał do niego. A później chowałyśmy się pod kocem. Dzień w dzień. Co dzień zaskoczone, że tata się nie domyśla, że znowu się tam schowałyśmy. Dzień w dzień udawał, że nie.

Kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy nie będę pracować z ludźmi. Za to bardzo chciałam, żeby moja praca była związana ze zwierzętami. Dziś pracuję w lecznicy dla zwierząt. W dziale obsługi klienta. Bo niestety, ale ktoś te zwierzęta przyprowadzać musi. Przez pół roku, pomimo ostrzeżeń koleżanek, absolutnie żaden z klientów nie potraktował mnie w zły, czy nieuprzejmy sposób. Nie licząc tych, którzy nie potrafią powiedzieć dzień dobry, czy dziękuję – ale to drobiazg. Każdą napiętą sytuację potrafiłam rozładować, zanim jeszcze wymknęła się spod kontroli. Myślę, że zawdzięczam to swojemu nastawieniu, podejściu do drugiego człowieka, temu czego uczono mnie w domu i co też teraz powtarza Łukasz – stanowczo, szczerze, ale zawsze z szacunkiem. Dziś pierwszy raz zatrzęsły mi się ręce. Wiecie, wybuchy gorąca i takie tam. Odebrałam niezbyt przyjemny telefon, od kogoś komu wydaje się, że przez to kim jest należy się wszystko. Bo w naszym kraju to jest jeszcze taka komuna – masz nazwisko to możesz wszystko sobie załatwić. Więc Pan X zjechał mnie jak burą kotkę. Bo mógł. Strasząc, że jak chcę mieć spokojny wieczór to lepiej żebym zrobiła to o co prosi. Ja w szoku. Kim do jasnej cholery jest Pan X? A że po pracy wyjątkowo trafiam do rodzinnego domu to żalę się mamie. Bo co się będę martwić sama. Niech się pomartwi kobieta ze mną. I przy okazji pewnie coś wymyśli. Bo gorąca czekolada od Młodej pomogła tylko częściowo. Googlujemy. No okej. I chyba dopiero wtedy schodzi ze mnie ciśnienie. Gość na wysoko postawionej pozycji. Profesor na uniwersytecie. Ktoś kto powinien znać podstawowe zasady kultury. A jednak nie. Jednak zupełnie nikt. Wylał swoje frustracje na dziewczynę z recepcji. Przez telefon oczywiście. Bo osobiście, przy innych ludziach Pan X pokazał, że jednak potrafi przynajmniej udawać miłego człowieka.

W sumie mogłabym Wam powiedzieć kto to. Ale po co. I tak pewnie nie kojarzycie człowieka. Chyba, że tak jak moja mama chcielibyście od razu chwycić za telefon i dzwonić do kancelarii. W każdym bądź razie, ja miałam zepsuty wieczór, Pan X ma zepsute życie – i dzięki temu, że to zrozumiałam teraz nie płaczę. A miałam ochotę. I nie pomogłaby czekolada od Młodej i Nutella od Łukasza, która już na mnie czekała.

I bardzo dobrze, że pieniądze nie rosną na drzewach. Dzięki temu nie wszyscy są takimi burakami. I trochę to zabawne - dzięki tej nieprzyjemnej sytuacji wróciło do mnie tyle pozytywnych wspomnień. 
Niepowtarzalna okazja do TRESOWANIA!

Niepowtarzalna okazja do TRESOWANIA!




Ostatnia sytuacja z wybiegu. Pani z dwójką psów, plus wózek i kilkumiesięczne dziecko w wózku. Pytam czy mogę wejść, uprzedzam, że moja jest nie do końca ogarnięta, lubi dominować i póki co ciężko radzi sobie z sytuacją w której inne zwierzę nie da się jej podporządkować, więc narazie bawimy się tylko z ogarniętymi psami. Mogę wchodzić. Śmiało! Ogarnięte przecież. Szkolone. Na początku wszystko jak najbardziej super. Drżę tylko na myśl o tym co będzie jak rozpędzona Nuka, albo dwie pozostałe suczki wpadną w wózek. Uprzedzam, że moja biega (ba, galopuje!) szybko i nie patrzy na to co ma po drodze. Nie no, spokojnie mogę spuścić ze smyczy. Pani jest przyzwyczajona. Dziecko również. Aha. Spuszczam swoją, 10 minut słuchania o tym gdzie psy były szkolone, na jakie jeździły zawody i że nie muszę się tak rozglądać, bo na pewno nic się nie stanie. Nagle jatka i obie suczki łapią Nukę z dwóch stron. Ta na szczęście nie spanikowała, stała i patrzyła na mnie, czekając aż ją wyswobodzę. Pani złapała jedną ze swoich, drugą odgoniła. Na co moja zaczęła szczekać. "PANI MA TERAZ NIEPOWTARZALNĄ OKAZJĘ DO TRESOWANIA. PANI JEJ DA SMACZKA ŻEBY SIĘ ZAMKNĘŁA. ALBO ZABAWKĘ."

No cóż. Psy może w końcu by się dogadały. Panie niekoniecznie. :)

Dzisiaj na luzie - spacery jak dawniej

Dzisiaj na luzie - spacery jak dawniej



Kiedy byłam młodsza i mieszkałam z rodzicami często zabierałam psy na dłuuugie, kilkugodzinne spacery po naszej miejscowości. Dziś ciesząc się z pierwszej od dłuższego czasu wolnej soboty, zaraz po wstaniu z łóżka  pomyślałam, że Nuce przyda się właśnie taki spacer. Nakarmiłam zwierzyniec, ogarnęłam siebie, zapakowałam wodę i smaczki i wyszłyśmy z Nuką na mpk (przepraszam - wybiegłyśmy).

Najpierw pojechałyśmy w odwiedziny do Lubelskiego Animalsa. Mają tam taaakie przecudne charciki. Mama chartów odeszła, gdy te miały zaledwie tydzień i maleństwa wymagały ręcznego wykarmienia Wykarmiłam butelką jednego kota i mogę sobie wyobrazić, jak wielki to wyczyn wychować w ten sposób dziewięć szczeniąt, także wielki ukłon w stronę Lubelskiego Animalsa zdecydowanie się należy! W tym momencie szczeniaki mają cztery tygodnie i już zaczynają rozrabiać.
Prosto z Animalsa ruszyłyśmy na spacer po Lublinie. Głównym celem była praca mojej mamy, której zrobiłam niespodziankę. Poza tym zamierzałam pojechać z mamą w odwiedziny do domu. Nie szłyśmy jednak wzdłuż głównych ulic, ale przez osiedla, nadrabiając drogi i spotykając innych psiarzy i nie psiarzy - którzy często zamieniali z nami kilka słów i tarmosili Nukowe ucha. Z tymi ludźmi to jest tak, że dzielą się na dwa rodzaje. Na widok Nuki albo biorą swoje psy/dzieci na ręce i omijają nas szerokim łukiem, albo próbują pogłaskać ją, często nawet bez uprzedzenia i pytania. Po drodze kupiłyśmy sobie śniadanko i usiadłyśmy na trawie nad rzeką. Znów czułam się jakbym miała 16 lat i wolny od szkoły weekend :) Różniło się jedynie to, że te kilka lat temu znajomi także dzielili ze mną wolne dni, a dziś niestety większość z nich pracowała (no albo była we Francji, pozdro Ulcia!).



Wybrać właściwy moment

Wybrać właściwy moment




Przez pewien czas właściciele 16-letniego Bastera (imię zostało zmienione) zmagali się z jego chorobą. Kilka razy dziennie przyjeżdżali do lecznicy w której przebywał. Wyprowadzali na spacery, przywozili lekkie domowe jedzonko - rosół i kurczaka z ryżem. Stale karmiąc się nadzieją na wspólny powrót do domu. Rachunek za leczenie rósł, ale w tych dniach było to najmniej ważne. Oddaliby wszystko byle tylko jeszcze chwilę przedłużyć życie swojego przyjaciela. Baster jednak, pomimo tych wszystkich starań, z dnia na dzień stawał się coraz słabszy. Nie jadł, codziennie na nowo przygotowywanych posiłków. W ostatnich dniach przestał nawet machać ogonem na widok właścicieli. Po pewnym czasie postanowili zabrać go do domu. Na próbę. Może zacznie jeść. Może stanie na nogi. A może pomyśleli, że psu w domu umierać będzie lepiej. Tym razem przyjechał tylko Pan. Cała rodzina czekała w domu. Jednak Baster już nigdy do nich nie dotarł. Nie przekroczył nawet progu lecznicy. Odszedł w gabinecie. W ramionach właściciela.

Historia jakich wiele. Pełna nadziei, wzruszeń, łez. Czułości i troski. Z drugiej strony za długa opowieść, o nieumiejętności podjęcia właściwej decyzji w odpowiedniej chwili. Wydarzenie to mi osobiście na długi czas pozostało w pamięci i sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, że w takich sytuacjach ludzie nie wiedzą jak mają postąpić i nie ma nikogo, kto mógłby im właściwie doradzić.

Każdy kto ma czworonożnego przyjaciela pragnie żeby żył on jak najdłużej. Niestety długość życia naszych podopiecznych jest nieporównywalnie krótsza niż ludzi i do każdego z nas pewnego dnia dociera, że w niedługim czasie przyjdzie pora żeby się pożegnać. Kiedy zwierzę zaczyna chorować z dnia na dzień, traci siły, nie chce jeść właściciele zapisują się z nim do lekarza i robią wszystko żeby przedłużyć mu życie. W takim momencie dla kochającego właściciela powinno liczyć się przede wszystkim dobro zwierzęcia. W odpowiednim momencie powinna nadejść chwila wyłączenia uczuć i przeanalizowania sytuacji zwierzaka. Najważniejszym aspektem jest dobrostan, czyli taki stan fizyczny i psychiczny zwierzęcia, który zaspokaja jego wszelkie potrzeby w zakresie żywienia, dostępu do wody, potrzebnej przestrzeni życiowej, zapewnienia towarzystwa innych zwierząt (lub ludzi). Jeżeli leczenie ma tylko przedłużyć życie o kilka dni, bądź miesięcy, ale konieczne jest pozostawienie go w lecznicy na dłuższy czas, bo bez podłączenia do aparatury nie będzie w stanie funkcjonować, a tym bardziej jeżeli choroba jest nieuleczalna i wiąże się z ogromnym cierpieniem, powinniśmy zacząć zastanawiać się nad sensem takiego działania.

Pogorszenie wzroku, czy słuchu wiążące się ze starością, absolutnie nie są powodem do uśpienia zwierzęcia. Starszy psiak, dzięki dobrze dobranym lekom może jeszcze długo normalnie funkcjonować. Jeśli sytuacja dotyczy wypadku, złamania, bądź choroby, która dzięki zaangażowaniu lekarzy i opiekunów daje zwierzakowi realne szanse na dalsze cieszenie się życiem - trzeba za wszelką cenę walczyć. Eutanazja jest zawsze ostatecznym wyjściem. Określenie to znaczy "dobra śmierć". Odebranie cierpienia. Dlatego tak ważne jest wybranie właściwej chwili. Odpowiedzenie sobie na pytanie, jaki był ostatni czas życia naszego psa. Nigdy jednak nie nadejdzie odpowiedni moment na pożegnanie. Ludzie, którzy ją podejmą tą decyzję, nie umawiają się w tym celu jak na profilaktyczne szczepienie czy kontrolę po operacji. Dzwoniąc do lecznicy są zdecydowani, mówią, że nadszedł ten moment i pytają czy mogą przyjechać. Proszą o szybkie przyjęcie.



Bieganie odhaczone!

Bieganie odhaczone!



Jak wcześniej pisałam, wydaje mi się, że już wszyscy w okolicy kojarzą naszego psa. Nie da się jej nie zauważyć, kiedy wystaje w oknie patrząc na ludzi na ulicy. Poza tym ma za sobą kilka incydentów, które z pewnością opowiadane są na psich spotkaniach, a o których wkrótce dowiecie się również i Wy. Po dzisiejszym nocnym wyjściu okoliczni mieszkańcy dowiedzieli się też jak ma na imię. Wybraliśmy się na ogrodzony plac obok naszego bloku, żeby przed snem mogła się wybiegać. Niezbędnej dawki ruchu postanowiła dostarczyć również nam, przechodząc pod siatką i uciekając wgłąb osiedla. Wróciła, rzecz jasna, zupełnie nieprzejęta swoim wybrykiem. 

Często zastanawialiśmy się, czy dobrze się stało, że dom tymczasowy, który jej stworzyliśmy, przerodził się w dom stały. Teraz, mimo, że nie minęło dużo czasu zanim się znalazła, zdążył przyjść mi do głowy obraz domu bez niej. Kto by schodził ze mną do ciemnego garażu, kiedy jestem sama w domu? Kto zżerałby z blatu kurczaka czekającego na dopiekającą się tartę? Jakby wyglądał Łukasz czekając na mnie bez niej, na przystanku, kiedy wracam z pracy? (Wiem, że akurat ten obrazek byłby dla mnie równie znaczący, ale rozczulił mnie ten widok z okna MPK, kiedy wczoraj tak razem czekali :). Jak to byłoby przestać rozmawiać z ludźmi spotykanymi na osiedlu, czy przypadkiem na ulicy? I jak wytłumaczyłabym sąsiadce, która wprost przyznała, że jest Nukową fanką, że dała nogę?


Energia której nigdy nie brak

Energia której nigdy nie brak



Kiedy Nuka do nas trafiła niemal codziennie wychodziliśmy na psie spotkania. Punkt 19:00 wyglądała przez okno, a następnie maszerowała do drzwi, oczekując wyjścia. Ze względu na niespożyte pokłady energii jest wymagającym towarzyszem zabaw. Uwielbia ruch pod każdą postacią, a ponad to jest bardzo kontaktowa i chętnie wchodzi w interakcje z innymi zwierzętami. Podczas gdy psy biegną za piłeczką, ona biegnie... za psami. I absolutnie nie bierze pod uwagę tego, że ciągła gonitwa i zachęcanie do zabawy dla innych czworonogów po pewnym czasie staje się męczące, czy nawet irytujące.

Ze względu na to, że nasza znajdka należy do psów, które rzadko da się zmęczyć, często słyszałam, że powinniśmy ją oddać, bo mieszkanie w bloku to nie miejsce dla psa. Bo pies będzie się męczył. Bo dla niej najlepszy byłby domek z ogrodem w którym mogłaby się wybiegać. Czy na prawdę podwórko czyni psa szczęśliwszym? Wydaje mi się, że psu najlepiej jest, gdy może być blisko człowieka. Kiedy zostawiamy Nukę na podwórku u rodziców najpierw strzela ósemki, później zaczyna przekopywać działkę, a następnie zrezygnowana i całkowicie znudzona kładzie się i przygląda na drzwi czekając aż ktoś do niej wyjdzie. Myślę więc, że nawet największa działka nie dałaby jej tyle szczęścia co możliwość bycia z nami. Poza tym Nuce czasem włącza się tryb "szwędacz". Odcięcie i biegnie do przodu. W ogóle nie zważając na nasze nawoływania. Pozostawienie jej na dłużej na podwórku mogłoby skutkować zaplanowaniem przez nią ucieczki i wydostaniem się poza ogrodzenie. Z jej predyspozycjami i skocznością mogłaby sforsować niemal każde ogrodzenie.

Mamy ten komfort, że Łukasz pracuje w domu, więc nie ma konieczności zostawiania psa na długie godziny samego. Jednak, kiedy już zachodzi taka potrzeba zamykamy ją w kennelowej klatce (pożyczonej od Lubelskiego Animalsa - jeszcze raz dziękujemy! :) ).  Podjęliśmy taką decyzję, kiedy Nuka zaczęła niszczyć wszystko podczas naszej nieobecności. A tak na prawdę to decyzję o klatce podjęłam właściwie ja i to dopiero jak zjadła pada do gier. I to nic, że mamy jeszcze pięć padów. TEN był najlepszy, najdroższy i w ogóle mega sentymentalny!!! Więc, postanawiając nie nadwyrężać dłużej cierpliwości Łukasza, pojechałam po klatkę ze Szwagrem. Klatka okazała się wielka, ciężka, a czas pędził szalenie i Szwagier nie miał już kiedy jej wtachać na górę, więc zabrał ją w trasę. Jeździła tak 2 dni. Hałasowała straszliwie, więc śmiem twierdzić, że wiem co myślał jak ją wozil. :) Ale już jest. I pies kiedy nas nie ma jest wyciszony i nie przychodzą mu do głowy pomysły zawładnięcia światem, zaczynając od naszego pokoju. I my jesteśmy spokojni, że zastaniemy dom dokładnie w takim stanie w jakim go opuściliśmy.

Choć nie zawsze. Przecież w mieszkaniu są jeszcze dwa koty.




Wszyscy nas tu znają!

Wszyscy nas tu znają!




Idziemy dziś sobie najspokojniej w świecie po osiedlu, gdy nagle zaczepia nas chłopak, którego widzę po raz pierwszy: OOO. TO NUKA? SŁYSZAŁEM O NIEJ! Tak. Wszyscy już słyszeli.
Przestało mnie już dziwić, że obcy ludzie krzyczą z drugiego końca chodnika "CZEŚĆ NUKA!", albo wręcz przeciwnie - omijają nas szerokim łukiem, czekają na początku schodów aż zejdziemy, czy biorą swoje psy/dzieci na ręce i przenoszą z dala od nas. A my przecież tylko mamy taką groźną minę i mały móżdżek. Kiedy zabrałam ją pierwszy raz na spotkanie osiedlowych psiarzy omal nie złamała nosa jednej z właścicielek (pomimo, że oczywiście zdążyłam uprzedzić o jej niekontrolowanym okazywaniu miłości). I chyba się jakoś szczególnie nie polubiliśmy. Ani my. Ani nasze psy. Bo nie wiem, czy wiecie, ale psy również mają swoje sympatie i antypatie. Chociaż wydaje mi się, że Nuka dzieli raczej znajome czworonogi na te, które bezgranicznie kocha i te które są jej obojętne i jeżeli akurat nie ma w pobliżu tych które kocha, to może się pobawić. Ale nie za długo, bo się irytuje. U psów sprawdza się także powiedzenie "od pierwszego wejrzenia".  Ale o tym innym razem. :)
Na dzień dobry, dobry wieczór

Na dzień dobry, dobry wieczór

Wracam do domu po ośmiu godzinach pracy i godzinie dojazdu, przekręcając kluczyk w zamku myślę o gorącej kąpieli, kakao w ulubionym kubku i lekturze najnowszego kryminału. Już od progu wita mnie skaczące niczym kangur dwadzieścia kilogramów. Jak już zdążę poskromić psa i znaleźć smycz rozglądam się za rzuconą gdzieś w pośpiechu torebką. Akurat z tym idzie szybko, domowy szop pracz, kradziej jedzenia, zdradza się szeleszcząc wyjmowanymi z torebki papierkami, kiedy łapką wygarnia co najlepsze. Biegnę uratować co się da, odganiam kota i rozglądam się za drugim. Leży na swojej półce, niby nie zauważając, że wróciłam. Dostojny, rudy pręgowany, mini tygrys. Głaszczę. Próbuję. Czasem się da, czasem odsunie. Wychodzę z psem, bo przecież ja się nabiegałam w pracy, on nie miał gdzie i potrzebuje długiego spaceru. Rozmawiam z innymi właścicielami. Jak młode matki odpowiadam na pytanie: co u ciebie. Mieliśmy alergię pokarmową. Uciekliśmy do sąsiadki. Zrzuciliśmy żelazko. Zabiliśmy bazylię.
Wracam do domu.
Czytam kartkę przyczepioną do lodówki.
Że wróci późno.
Żebym wyprowadziła.
Nakarmiła.
Zajrzała do kuchni.
Że kocha.
Sprzątam porozrzucane zabawki.
Misie.
Gryzaki.
Bułkę tartą z kuchennej posadzki.

Głęboki wdech.
Przez myśl przechodzi zdanie, które wypowiadają odwiedzający nas pierwszy raz znajomi...

Już wiecie jakie.


Copyright © 2014 Brakuje Żyrafy , Blogger