NIE PORYWAJ PODLOTÓW!

NIE PORYWAJ PODLOTÓW!



Kiedy jako nastolatka byłam na spacerze z psem ze stowarzyszenia znalazłam w parku, na ziemi małego nie potrafiącego latać ptaszka. Myśląc, że ratuję mu życie zabrałam go ze sobą do gabinetu. Usłyszałam wtedy, że najlepiej byłoby odnieść go na miejsce. Ale jak to? Małe, bezbronne pisklę? A koty? A psy? A co on będzie tam jadł? Zanim lekarz zdążył mi odpowiedzieć na te pytania, ptaszek padł. Może rzeczywiście był słaby. A może, co bardziej prawdopodobne, jego serduszko nie wytrzymało stresu na jaki naraziłam go biorąc na ręce.

Pracując w klinice niemal codziennie odbieram telefon z pytaniem co zrobić ze znalezionym ptakiem. Teraz wiem, że najlepsza odpowiedź to – zostawić go w spokoju. O ile oczywiście nie jest ranny. W wyniku ewolucji ptaki nauczyły się, że jeżeli młode opuszczą gniazdo więcej z nich przeżyje. Większość ptaków, które po wykluciu się są łyse, pozostaje w gnieździe aż osiągnie wiek tzw. podlota. Młode rozchodzą się wtedy w różne strony, a ptasi rodzice latając od jednego do drugiego opiekują się nimi, karmią je i porozumiewają się z nimi głosem.

Ludzie znajdując tak małe stworzonko, kierują się jak ja dawniej, chęcią pomocy. Nie mają jednak świadomości, że człowiek nie jest w stanie wychować ptaka tak jakby zrobili to jego rodzice. Samo wykarmienie zajmuje już mnóstwo czasu. Wykarmiliśmy ręcznie papugę z hodowli mojego czasu, więc wiem jak to wygląda. A z dzikim ptakiem jest zupełnie inaczej. Nawet jeżeli uda się go wykarmić, to w końcu trzeba będzie wypuścić go na wolność, na której prawdopodobnie sobie nie poradzi. Nie będzie na to przygotowany. Takie maluchy albo ze względów humanitarnych się usypia, albo wypuszcza na wolność, a bez rodziców obok ich szansa na przeżycie drastycznie spada. Jeżeli nawet ktoś podejmie próbę wykarmienia to nie zawsze się to udaje. Ptaki są zwierzętami trudnymi do diagnozowania i leczenia. Wymagają lekarzy, którzy specjalizują się w ich leczeniu. Nie łudźmy się więc, że lekarz będzie na przykład składał połamane skrzydło gołębia, najczęściej skróci tylko jego cierpienie.

To co możemy zrobić widząc podlota to rozejrzeć się czy miejsce w którym się znajduje jest bezpieczne, jeżeli nie - możemy go przenieść odrobinę dalej. Jeśli takie pisklę znajduje się w naszym ogrodzie, a mamy kota, który wychodzi możemy go przetrzymać w domu do czasu aż pisklę dorośnie. Nigdy nie zabierajmy ZDROWEGO podlota! Dla uspokojenia sumienia i upewnienia się, że podlot jest na pewno bezpieczny możemy poobserwować go z daleka. Jeśli rodzice są w pobliżu z pewnością zobaczymy jak przylatują go karmić. Porzucony podlot będzie nieustannie nawoływał rodziców, jeżeli przez dłuższy czas żadne z nich się wtedy nie pojawi to powód aby się zaniepokoić. Zdrowy, karmiony przez rodziców podlot będzie siedział cicho nawołując ich tylko od czasu do czasu.


Wiele osób nie ma świadomości, że zabierając podlota z jego naturalnego środowiska skazuje go na pewną śmierć. Udostępnij artykuł, aby uświadomić znajomych!


DLACZEGO KOT UGNIATA KOC I INNE RZECZY

DLACZEGO KOT UGNIATA KOC I INNE RZECZY



Mogłabym wpatrywać się godzinami na koty w tym stanie. Przypomina to ugniatanie albo wyrabianie ciasta. Mrużą przy tym oczy, czasem głośno mrucząc. Przebierają łapkami na miękkim kocu albo naszych kolanach. Czy jednak wiemy dlaczego tak robią?

Śmiało możemy powiedzieć, że umiejętność ta została przez nich wyssana z mlekiem matki! Jest to instynktowne zachowanie. Chwilę po urodzeniu kocię zaczyna ssać matkę, ugniatając łapkami okolice jej sutków. Ma to spowodować pobudzenie gruczołów mlekowych i produkcję mleka. Dlaczego jednak robią to też dorosłe koty?

Ugniatanie świadczy o poczuciu bezpieczeństwa naszego pupila, a także przywiązaniu do człowieka lub innego zwierzęcia. Podczas udeptywania może zdarzyć się, że kot wysunie pazurki. Nie możemy za to karcić kota, czy spychać go z kolan. Dla kota nasze zachowanie byłoby szokujące, przecież przyszedł żeby okazać nam, że czuje się przy nas bezpieczny! Najlepszym wyjściem będzie skracanie kociakowi pazurów (o ile jest to kot niewychodzący, wychodzącym kotom pazury zostawiamy w spokoju – muszą mieć się czym bronić!). A jeżeli takie zachowanie nam przeszkadza to delikatnie zdejmujemy kota z kolan, po pewnym czasie kot powinien przestać tak robić.

Kiedy kot ssie poduszki, koce, tkaniny

Niektóre koty wraz z udeptywaniem ssą koce, poduszki i różne tkaniny. Jeżeli kot robi to często i uporczywie powinno nas to zaniepokoić. Najczęstszą przyczyną jest zbyt wczesne odebranie od kociej mamy. Zosia, która została wychowana właściwie przez nas (Przeczytacie o tym tutaj: Jak opiekować się kocim oseskiem? Historia Zosi) czasem ssie niektóre materiały. Najlepsze rozwiązanie to pozbycie się, albo przynajmniej odizolowanie od kota, tych rzeczy które wzbudzają w nim takie zachowanie, czyli koców, bluz, pluszowych zabawek. Można też zakupić specjalne środki odstraszające, sami jednak nie musieliśmy ich stosować, bo ssanie Zochy nie jest częste. 

A czy Wasze koty też ugniatają lub ssą tkaniny?

Napiszcie o tym w komentarzu!


Jak opiekować się kocim oseskiem? Historia Zosi.

Jak opiekować się kocim oseskiem? Historia Zosi.



To Zocha po kilku dniach z nami. Kiedy ją znaleźliśmy miała maksymalnie 3 dni i małe szanse na przeżycie bez kociej matki. Każdego dnia zastanawialiśmy się czy dożyje jutra, czy na pewno wszystko robimy dobrze. Przetrząsałam internet w poszukiwaniu informacji na temat wychowania kociego oseska, a dziś dzielę się z Wami tym czego przy Zosi się nauczyłam.

Znalazłem oseska – co dalej?

Pierwsze co powinniśmy zrobić po znalezieniu kociego oseska to rozejrzenie się za jego mamą. Kocice często przenoszą swoje maleństwa w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca. Zosia została znaleziona przez pana ogrodnika w mojej poprzedniej pracy. Mimo że chodziliśmy po całej działce i szukaliśmy kotki lub innych kociąt nie udało się ich odnaleźć. Kiedy kilka dni później trafiliśmy na kotkę z maluchami szybko przeniosła je w inne miejsce i niestety nie udało się im pomóc. Pan ogrodnik trafił zapewne na moment przeprowadzki, kotki przenoszą swoje dzieciaki w zębach, pojedynczo, trzymając je za fałdkę na karku. Po znalezieniu kociaka najlepiej z dala wypatrywać kocią mamę. Nie czekajmy jednak za długo! Jeśli jest zimno bardzo szybko może dojść do wychłodzenia. Jeśli kocię miaucząc nawołuje mamę, a mimo to nie widzimy jej nigdzie w pobliżu, musimy mu jak najszybciej pomóc. Odkarmienie oseska jest szalenie trudne. Idealne rozwiązanie to znalezienie kociej mamki, czyli kocicy która ma albo niedawno miała małe, jest zdrowa i mogłaby wykarmić kolejnego malucha. Nie mamy na to wiele czasu. Najważniejsze jest nakarmienie i ogrzanie malucha.

Czym karmić kociego oseska?

W sprzedaży dostępne są specjalne mleka dla kociąt. My używaliśmy Kitty Milk firmy Beaphar. Przez pierwszą noc nie miałam możliwości zakupienia tego mleka i Zocha dostawała mleko dla niemowląt. Pamiętajcie aby nie podawać oseskowi krowiego mleka! Karmiłam ją wtedy przez strzykawkę, jednak to niebezpieczny sposób, bo może dojść do zachłyśnięcia. Następnego dnia razem z mlekiem kupiliśmy specjalny smoczek i buteleczkę do karmienia. Dziurka w smoczku nie powinna być za duża żeby mleko nie wylewało się z butelki. Nasze smoczki (bo jak maluch miał już siłę to niszczył smoczki! :)) miały takie dziurki, że po przekręceniu butelki powoli tworzyła się kropla mleka. Przez kilka pierwszych prób karmienia osesek może nie chcieć pić ze smoczka. Nie zniechęcaj się! Podczas karmienia kociak musi leżeć na brzuszku, nie trzymaj go odwróconego do góry nogami.

Co ile karmić kociego oseska?

Koci osesek wymaga karmienia co 2-3 godziny. Także w nocy! Po jakimś czasie powinien już sam budzić się i miauczeniem przypominać Ci o sobie. Zosia się nie budziła. Do tej pory pamiętam jak w nocy, przed włączeniem lampki, sięgałam ręką do pudełka. Sprawdzałam czy jest jeszcze ciepła... Bo tak jak wspomniałam na początku wykarmienie takiego maleństwa to ciężka sztuka, jego szanse na przeżycie po stracie kociej mamy znacznie spadają. Na szczęście Zocha za każdym razem, zaraz po kontakcie z dłonią podnosiła alarm. :)

Kiedy wprowadzić pokarm stały?

Kiedy Twoje maleństwo skończy miesiąc możesz zacząć przyzwyczajać je do stałego pokarmu, najpierw podając paszteciki dla kociąt. Karmę suchą wprowadzaliśmy kiedy już dobrze radziła sobie z mokrą. Na początku krokieciki rozmiękczaliśmy wodą. Karmienie Zochy nie było proste! Od początku rzucała się na smoczek jak szalona. Trzeba było pilnować żeby się nie zachłysnęła, a gdy już miała zęby żeby nie odgryzła komuś palca! ;) Na długo jej tak zostało. Gdy była już duża potrafiła wsunąć całą patelnię spaghetti!

Gdzie trzymać kociego oseska?

Maluchy wychowywane przez mamę są ogrzewane przez jej ciało. Naszym zadaniem jest zorganizowanie oseskowi ciepłego i spokojnego miejsca. Może to być kartonowe pudełko wypełnione ciepłymi kocykami, dobrze sprawdzają się też tetrowe pieluszki. Aby zapewnić maluchowi ciepło możemy włożyć do pudełka elektryczną poduszkę ustawioną na najniższą wartość, lub butelkę wypełnioną ciepłą wodą i owiniętą w pieluszkę. Uważajmy, aby nie przesadzić z temperaturą.

O czym jeszcze powinieneś pamiętać?

Kocie mamy po karmieniu myją swoje maluchy, pobudzając w ten sposób ich jelita do pracy. Osesek nie potrafi się jeszcze samodzielnie wypróżniać, musimy mu więc pomóc. Kolistymi ruchami masujemy kociakowi brzuszek, a okolice odbytu delikatnie pocieramy ciepłym wilgotnym wacikiem. Jeżeli cokolwiek nas zaniepokoi powinniśmy od razu udać się do lekarza weterynarii. W przypadku takiego maleństwa często nawet kilka godzin jest decydujące. Z Zochą kilka razy jeździliśmy do przychodni, bo miała problem z wypróżnieniem. Poza tym nie miała większych problemów.



Masz za sobą podobną historię? Chętnie ją poznamy.
Podziel się nią z nami w komentarzu.


Oddam psa - bo wyjeżdżam

Oddam psa - bo wyjeżdżam



Ostatni tydzień spędziliśmy dość intensywnie. W czwartek bawiliśmy się na weselu w Szczyrku u Madzi i Tomka, a już dwa dni później w Poniatowej u Oli i Piotrka. To była nasza pierwsza dłuższa nieobecność, odkąd mamy psa. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się więc dokąd oddamy Nukę.
Na tak długi czas w grę wchodziło tylko miejsce w którym ktoś rzeczywiście by się nią zajmował. Na noc jesteśmy w stanie zostawić ją w hotelu, gdzie psy znajdują się w małych klatkach i są wyprowadzane dwa razy dziennie na szybkie siku, ale dłuższy taki pobyt nie wchodził w grę.
Szukaliśmy więc miejsca, gdzie ktoś rzeczywiście by się nią zajął. Do tej pory jeździła albo do moich albo do Łukasza rodziców. Ale w moim rodzinnym domu jest dziecko, dwa psy i kot. Rodzice pracują na zmiany i strasznie się martwiłam, że nasz łobuz podczas ich nieobecności coś spsoci. Z resztą (głównie przez obecność yorka i kota) przy każdym telefonie, kiedy zostaje u nich pytam, czy niczego nie zagryzł! A u teściów panowała przedślubna gorączka i nie chcieliśmy dokładać kłopotu. Wesele Oli było niedaleko domu i bałam się też, że Nuka w poszukiwaniu nas przeskoczy płot, wpadnie pod samochód i... Dobra koniec czarnych wizji, przecież teraz leży obok mnie!

Obdzwoniłam koleżaki i wszystkie polecone hotele. W psich hotelach, gdzie miejsc jest tylko kilka rezerwacje trzeba robić z miesięcznym wyprzedzeniem! "Łukasz, my nie mamy serio nikogo kto nie ma małych dzieci, albo zwierząt i komu możemy zostawić psa?!" - poddałam się w końcu i zadzwoniłam do Mamy, że jednak będziemy rano! I tak nas tknęło na refleksję. Co by było gdyby rodzice mieszkali daleko. Gdybyśmy już na prawdę nie mieli jej gdzie zostawić. I wiecie co? Pojechalibyśmy z nią rano choćby do Warszawy, gdyby tam znalazł się hotel. Albo zabralibyśmy ją ze sobą w góry.

Dobrze pamiętam telefon od pani, która szukała domu dla psa i miała na to piętnaście minut. Kwadrans, ale za to pies rasowy i ładny! Bez rodowodu, ale taki jak rasowy przecież. Pani była właśnie pod schroniskiem, bardzo zdziwiona, że nie można sobie oddać psa ot tak. No psikus. Dzień wcześniej dowiedziała się, że nie będzie mogła zabrać pieska tam dokąd wyjeżdża. Trochę wierzyłam, trochę nie. Ale jednak współczułam, gdy chwilę po telefonie ze łzami w oczach opowiadała mi, że nie ma rodziny i niestety nikogo kto by się psem zajął. Poinformowałam, że będzie można zadzwonić, zapytać czy znalazł dom. To co usłyszałam w odpowiedzi obdarło mnie w jakichkolwiek złudzeń. "Nie no, nie będę sobie tym zaprzątać głowy". No okej, Pani sobie kupi drugiego. Panią stać przecież. Co tam pies.

Powiem tak. Lepiej, że go oddała w taki sposób, niż miałaby go wyrzucić gdzieś po drodze. Tak jak ktoś psa, którego widzieliśmy w drodze powrotnej ze Szczyrku. Niestety nie udało się mu pomóc i tak, to był tylko jeden znaleziony pies. (Też jestem zdziwiona. I jeszcze mam nadzieję, że po prostu się na chwilę oddalił od domu!) Oczywiście, że pomiędzy złym a złym, zawsze lepiej wybrać to mniejsze i oddać psa byle gdzie niż wyrzucić. Są też sytuacje, kiedy ktoś na prawdę nie ma wyjścia. Ale dla mnie nic nie usprawiedliwia ignorancji.
Przedślubna niespodzianka?

Przedślubna niespodzianka?



W dzień naszego ślubu, 30 minut przed fryzjerem, Łukasz wyszedł do sklepu. Kiedy przedślubne emocje sięgały już zenitu i starałam się sobie przetłumaczyć, że jeżeli teraz zacznę płakać to będę miała spuchnięte oczy zadzwonił mój telefon. Spomiędzy szczekania naszego psa i jeszcze jakichś odgłosów, usłyszałam jak Łukasz prosi żebym natychmiast wyszła, bo znalazł psa i on nie może przejść z naszym, bo zaraz się pogryzą. W ogóle nie uwierzyłam w tą historię. BYŁAM PEWNA, że przygotowal przedślubny prezent i chce mnie w taki sposób ściągnąć na dół. Poważnie się zdziwiłam kiedy zobaczyłam wielkiego psa bawiącego się z Nuką!

Łukasz odprowadził Nukę na górę, ja zostałam z naszym nowym kolegą, nie bardzo mając pomysl co dalej. Mój ZarazMąż wcisnął mi w ręce klucze i bułkę, mówiąc, że śpieszy się do fryzjera i żebym nakarmiła tę biedę, bo chudy, głodny i nie chce jeść! Zadzwonilam do Kasi z Chełmskiej Straży dla Zwierząt, która też szykowala się na nasz ślub! I dostałam numery do schroniska. Z tego wszystkiego nawet nie pomyślałam, że mogę do nich zadzwonić! Pani mogła przyjechać dopiero za pół godziny, a wtedy byłam już umówiona w salonie fryzjerskim! Znowu zadzwoniłam do Kasi, która podpowiedziała mi, że przecież mogę zaprowadzić psinę do swojej pracy, skąd w końcu psiaka odebrała pani ze schroniska.

Siedząc już u fryzjera dostałam od Kasi screena z wesołą mordką naszej znajdy. Okazało się, że kilka dni wcześniej psiak został adoptowany i uciekł nowym opiekunom, którzy go teraz poszukiwali. Właścicielka odebrała go ze schroniska. Gdybyśmy mieli więcej czasu to pewnie udałoby się ustalić opiekunów i oddać zgubę bezpośrednio właścicielom.

Byłam niesamowicie dumna z Łukasza. Mimo że był to dzień naszego ślubu i czas mieliśmy niemal co do minuty zaplanowany, nie zapomniał co w takiej sytuacji trzeba zrobić. Co prawda, zadzwonił do mnie i kiedy popędził do fryzjera to ja działałam dalej, ale mógł przecież przejść obok tego psa obojętnie, a dzięki niemu jeszcze tego samego dnia wrócił do swoich właścicieli. Później usłyszałam jak mówi, że kiedyś Nuka została znaleziona, a teraz pomogła odnaleźć drogę do domu innemu psu, bo tak właściwie to pies przybiegł do niej, nami nie był zbyt zainteresowany. :)

Copyright © 2014 Brakuje Żyrafy , Blogger